RECENZJE

Wild Nothing
Life Of Pause

2016, Captured Tracks 6.7

Artyści z Captured Tracks mają to do siebie, że nigdzie się nie śpieszą. Weźmy takiego Maca DeMarco, który w swojej przyklejonej do głowy czapce z daszkiem i z papierosem w diastemie obraca kiełbaski na grillu. Albo chociażby Charlie Hilton – córka hippisów, którzy postarali się nawet o to, aby dostała Indiańskie imię (Palana – stąd też taki tytuł jej najnowszego albumu). No i do tego Jack Tatum, który może nie jest takim swojskim kolesiem jak Mac, ale jak pokazuje okładka Life Of Pause, lubi sobie przysiąść w salonie, popijając herbatkę.

Po wydanym cztery lata temu Nocturne do Wild Nothing na dobre przylgnęła łatka dream popu, ale jeśli ktoś dalej tak o Jacku mówi, to nieodzowny znak, że ze słuchaniem jego nowego krążka, ma niewiele wspólnego. Dalej jego wokal zawoalowany jest wszelkiej maści instrumentami, ale już mniej tu Cocteau Twins. A czego jest więcej? Głos z tyłu głowy krzyczał "o, Beatlesi!", "o, Ariel Pink!". Zasadniczo nic dziwnego, skoro Jorge Elbrecht pomagał przy komponowaniu. Moim kolejnym "o!" było Tame Impala. I właśnie to trzy razy wykrzyknięte "o!" nakazuje mi osadzić Life Of Pause raczej w ramach neo-psychodelii niż w nadużywanym już dream popie. Stąd można pójść już o krok dalej i doszukiwać się też jakichś post-punkowych wpływów.

Przejdźmy do tracklisty. Album otwiera "Reichpop", który na chwilę przed rozpoczęciem drugiej minuty zaczyna przywodzić na myśl (o zgrozo) mathrocki czy "Ice To Never" The Black Queen, ale luzujemy, bo dalej już pachnie Animal Collective. "A Woman’s Wisdom" wprost nakazuje dodać do kolejki odtwarzania "Yes I’m Changing" Tame Impala. Podobnie jest z "Alien" choć tym razem puściłabym "‘Cause I’m a Man". Z kolei singlowe "Life Of Pause" to już typowy Ariel, "TV Queen" też trochę nim zalatuje. Dwa utwory nawołują do nostalgicznego wciśnięcia się w kąt pokoju – "Alien" i "Whenever I". Jeśli chodzi o ten ostatni, to cieszy się on raczej małą popularnością, mnie jednak urzekł. Rozpoczynający go dęciak i rzewny tekst, który nie jest może zbyt górnolotny (podobnie jak i pozostałe na tej płycie), był mi chyba potrzebny do zimowego rozpaczania. Nie wiem czemu, ale jak słuchałam "To Know You" miałam ochotę na "It’s My Life" No Doubt, coś w tym jest? Cały album kończy "Love Underneath My Thumb", mimo tytułu nie znajdziemy tu rollingstonesowych wpływów, a raczej dość nijaki kawałek.

Z każdym kolejnym krążkiem Jack Tatum nie zawodzi, a raczej próbuje zaskoczyć czymś nowym. Po oszczędnym Gemini pojawił się bardziej złożony Nocturne, teraz mamy Life Of Pause. Może rzeczywiście koleś czuł potrzebę obudzenia się z dream popowego snu i wkroczenia w bardziej odurzony świat psychodelii. Pozostaje czekać na dalsze efekty eksperymentów. Muzycznych.

Agata Kania    
24 marca 2016
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie