RECENZJE

Wilco
Yankee Hotel Foxtrot

2002, Nonesuch 8.2

11 Września 2001 roku wstałem, jak to w wakacje, dosyć późno. Co oznacza w moim przypadku okolice pierwszej po południu. Po śniadaniu zabrałem się za odsłuchiwanie nowych płytek, przywiezionych parę dni wcześniej przez Michała z jego nowojorskich wojaży. Gdzieś tak o drugiej naszego czasu zapuściłem Arde Migali. Telewizor miałem wyłączony. Gdy skończyłem, zadzwonił ojciec z pracy i wtedy się dowiedziałem. Do końca dnia oglądałem wiadomości, a głęboką nocą roztrzęsiony odsłuchałem (co bardziej wnikliwi porcysowi czytelnicy pewnie już wiedzieli) Yesterday Was Dramatic – Today Is OK. (I tytuł ten powtarzałem sobie cały następny dzień.)

Co wówczas porabiał Jeff Tweedy? Tego się nie dowiemy. Zapewne, tak jak inni Amerykanie, przeżywał mocno tragedię nowojorską. Ale może myślał też o czwartej płycie swojego zespołu, która się nie ukazała, choć właśnie na ten termin było to zaplanowane. Zresztą, czego ten biedny Tweedy nie doświadczył. Wytwórnia Reprise rozwiązała z Wilco kontrakt. Jakiś koleś posłuchał demówki z nowym materiałem grupy i uznał go za beznadziejny. Tweedy nie załamał się. Razem z kolegami, w niezwykle nerwowej atmosferze, dopracował album do końca. I umieścił go w całości w internecie. Reakcja rozgniewanych fanów była jednoznaczna: arcydzieło. Umowę grupa podpisała z Nonesuch. Teraz płyta Yankee Hotel Foxtrot, jako przedmiot, nareszcie ujrzała światło dzienne.

Macie jakichś kumpli w USA? Słuchają niezależnego rocka? Spytajcie ich. Powiedzą wam, że to płyta roku. Serio. Znowu, jest to rzecz, której tutaj nie zrozumiemy. Pewnie, możemy starać się pojąć tę dziwną społeczną zależność. Ale nie oczekujcie objawień interpretacyjnych. Cała ta historyjka, którą streściłem w powyższym akapicie, nam wyda się zwykła i banalna. Dla młodych Amerykanów jest jednak biblią. Oni słuchali z wypiekami na twarzy tego, co im Tweedy chciał powiedzieć przez dobrych kilka miesięcy. Teraz im nie wytłumaczycie. Jak to zwykle bywa z legendami, są one zrozumiałe tylko dla członków wspólnoty, związanych tą samą tradycją. Nie należymy do niej.

A o co chodzi? Yankee Hotel Foxtrot jest pierwszą i najprawdopodobniej najlepszą próbą oddania nastrojów amerykańskich po jedenastym września. To moja teoria. Są to tylko domniemania, bo większa część utworów powstała jeszcze przed nowojorską tragedią. Ale po kolei. Zacznijmy od okładki. To nie jest przypadek, teraz dwa podłużne prostokąty obok siebie będą się kojarzyć w sposób jednoznaczny. Zresztą, motyw budynków, strzelistych ku niebu, dominuje w oprawie graficznej, jest na wszystkich niemal kartach książeczki. Powraca jak lejtmotyw, jak mara nocna, którą chcemy przepędzić, ale nie dajemy rady. Oprócz tego: bezmiar nieba i oceanu – cóż za symbolika. Skupmy się na tekstach. Oto Tweedy z dnia na dzień staje się wieszczem, choć nie mówi niczego niezwykłego. Ale wyraża nie tylko siebie. Staje w galerii tych, których głosem przemawiają całe tłumy. "I am an American aquarium drinker / I assassin down the avenue" śpiewa. Wypowiada znamienne zdanie: "Cheer up / Honey I know you can / There is something wrong with me". Wspomina nawet o "wysokich budynkach, które się trzęsą". Wyznaje też: "All my lies are always wishes"; zastanówcie się, jakie to piękne, właściwie należy się pod tym podpisać. Kontynuuje spokojnie: "I would like to salute the ashes of American flags". Wtórują mu bezbronne pianino i ból gitarowy.

Ach właśnie, muzyka. Kolejny paradoks. To niby mieszanka balladowo- ockowej tradycji. Alt-country, które Tweedy jeszcze za czasów Uncle Tupelo wynalazł, a potem wraz z Wilco rozwijał. Proste kompozycje (stworzone przez Tweedego z Jayem Bennettem), trochę Neila Younga, Dylana, do tego jakiś cień niezależnego rocka spod znaku Pavement. Ale, ale. Tajemnica tkwi w szczegółach. Każdy kawałek jest po brzegi wypełniony rozmaitymi efektami. Piskami, brzęczeniami, jękami. Oprócz gitar i sekcji mamy mnóstwo smaczków. Organy, pianino, skrzypce. To sam Jim O'Rourke tego pilnował; jego muzyczną obecność też czuć. Nad wszystkim zaś unosi się paranoiczny klimat, bez wątpienia przywodzący na myśl Ok Computer. (Zgodzimy się chyba, że jest to wpływ, od którego wieszczy rock już nigdy się nie uwolni.) Melodie kolejnych pieśni są osadzone w pewnym schemacie, lecz każda oferuje coś wyjątkowego. "I Am Trying To Break Your Heart" rozwija się jak tajemnicza mantra, choć to tylko trzy chwyty. Mroczne "Radio Cure" i posępne "Ashes Of American Flags" kojarzą się z Radiohead na zasadzie sposobu aranżacji, ekspresji. W "I'm The Man Who Loves You" solówka naśladuje tę słynną z "Taxmana". "War On War" i "Pot Kettle Black" zasuwają ślicznie do przodu na dwóch akordach, ale ile to ma wdzięku. I nawet taki radosny, skoczny "Heavy Metal Drummer" wzbogacony jest o jakieś kosmiczne elektroniczne efekty. A zakończenie całości wydaje się, przysięgam, jakby żywcem wyjęte z finału Agaetis Byrjun.

Gdy potrzeba rozwiązania, puenty, Yankee Hotel Foxtrot w pewien sposób uchyla się od odpowiedzi, zwyczajnie pogrążając się w kakofonii. Tak jest w "I Am Trying To Break Your Heart" i "Ashes Of American Flags". Tak jest też w przedostatnim, szczytowym tu "Poor Places". Po kilku zwrotkach pojawia się kulminacja. Na tle rzężących gitar, przypominających późne Sonic Youth, żeński głos z radia powtarza beznamiętnie "Yankee / Hotel / Foxtrot". I powtarza. I powtarza. Jest to być może idealny komentarz do psychicznej kondycji Amerykanów. Te słowa nie oznaczają nic. Oznaczają tak wiele, właśnie przez to, że nie oznaczają nic, są abstrakcją. Ech, poddaje się, nie potrafię tego wyjaśnić. Czyli? Nic nie jest pewne, więcej tu niedopowiedzeń, niż sprecyzowanych zdań. Jest to album o niczym, bo oni nie chcą o tym słyszeć. Ale dlatego jest tak ważny, bo nie mówi prawie niczego wprost. Gdzieś między wierszami, niedosłownie, skrycie, Yankee Hotel Foxtrot rozrywa świeże rany, by w sumie, po z górą pięćdziesięciu minutach je zabliźnić. A do tego potrzebna była taka płyta. Aż taka.

Borys Dejnarowicz    
17 maja 2002
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: R.I.P.
Rekapitulacja 2018: Azja