RECENZJE

Wilco
More Like The Moon (EP)

2003, Wilcoworld.net 5.1

Choć może zabrzmi to złośliwie, to jednak trzeba powiedzieć, że Wilco swoją dzisiejszą pozycję zespołu kultowego zawdzięcza po trosze przypadkowi. Chodzi mi o całe to zamieszanie związane z wydaniem Yankee Hotel Foxtrot, o historię którą znają chyba wszyscy. Chciałem się jednak zatrzymać się na chwilę przy roli jaką odegrał tu internet. Albowiem okres leżakowania Yankee na oficjalnym sajcie bandu, w formie swego rodzaju "nielegalu", miał tu kolosalne znaczenie. Bo oto słynny nielegal, jak to nielegal, dotarł do wielu ziomali, a ci z kolei zakochali się w nim bez reszty. Zacieśnili szyki, poszerzyli szeregi i rozpoczęli walkę o pokrzywdzonych przez Reprise ulubieńców. Niewątpliwie był to moment przełomowy w całkiem bogatej już historii zespołu. Właśnie wtedy Jeff Tweedy i spółka doświadczyli niezwykle silnego i namacalnego poparcia ze strony swoich fanów. Porażający sukces wydanego w zeszłym roku albumu był zatem w pewnym stopniu zasługą przypadku. Inna rzecz, że był to sukces wielce zasłużony, można by rzec wypracowany.

Korzenie zespołu sięgają końca lat osiemdziesiątych. Wtedy to późniejszy założyciel i frontman Wilco, Jeff Tweedy, grał w pionierskim dla alt-country zespole Uncle Tupelo. Tam komponował sobie spokojnie wraz z Jay'em Farrarem aż do 1994 roku (pozostawiając co najmniej dwie klasyczne pozycje nurtu, Anodyne i March 16-20, 1992), kiedy to, mimo wielkiego ruchu, wstąpili do obuwniczego. No i musieli się rozejść. Farrar kontynuował działalność z grupą Son Volt. A Tweedy namawiał koleszków, aby jeszcze trochę razem pograli. Ken Coomer, Max Johnston i John Stirratt powiedzieli, że tego, że zgoda. Powstało Wilco. Gdy w 1996 roku razem wydali dwupłytowe Being There, rzesza zwolenników klimatów alt-country'owych odnalazła na nim poszukiwane piękno (wcześniej był debiut A. M., przyjście Bennetta, takie tam). W każdym razie wydawnictwo było pokaźnym zbiorem słodko-gorzkich piosenek przekazywanych głównie za pomocą akustycznych gitar oraz pianinka. Z mojej perspektywy nie jest to album ważny, ani nawet szczególnie dobry, ale na pewno lepsze to do ogniska niż nasza Wolna Grupa Bukowina. A bardziej serio, to płyty te z pewnością dają się lubić.

Sprawy przybrały nieco inny obrót przy okazji wydanej w trzy lata później Summer Teeth (w międzyczasie była dwuodcinkowa kolaboracja z Billym Braggiem). Nie dość, że tandem Bennett / Tweedy urozmaicił znacznie strukturę swoich kompozycji (przyszło im to raczej bez kłopotu, wszak wspomniana para ma wybitne songwriterskie zdolności), to prawdziwego przewrotu muzycy dokonali w sposobie aranżowania swojej muzyki. Summer Teeth gromadzi utwory złożone, bardziej nieprzewidywalne, a jednocześnie (tak tak, melodie też poprawili) bardziej chwytliwe od tych wcześniejszych. Zmęczony życiem, często załamujący się głos Jeffa nie był już narażony na posądzenie o sztuczność, a teksty o zbytnią infantylność. Tak więc progresja w każdym elemencie muzycznego rzemiosła zaowocowało wspaniałym dziełem. Też nie jestem skłonny przeceniać jego wartości i znaczenia w historii niezal-rocka, ale nie sposób nie zauważyć postępu zespołu. Wszyscy z zapartym tchem czekali na ich kolejny krok.

Masterpiece roku 2002 spełnił oczekiwania nawet tych najbardziej wymagających. Ale o tym też już kiedyś mówiliśmy. Tym sposobem kółko się zamyka i o to właśnie mi chodziło. Teraz już z czystym sercem mogę objaśnić niedoinformowanym ideę EP-ki, która była impulsem do napisania tej recenzji. Otóż Wilco pragnąc podziękować swoim wiernym fanom za wsparcie udzielane im przez lata swojego istnienia, poprzez słynną stronkę www.wilcoworld.net oferuje swoje nowe nagrania. Wystarczy wpisać w odpowiednie miejsce kod znajdujący się na okładce Yankee Hotel Foxtrot, aby bez dodatkowych kosztów skorzystać z prezentu. Nie wiem, może jestem naiwny, ale wydaje mi się, że ten gest, te podziękowania płyną prosto ze szczerego serca Jeffa Tweedy'ego i kolegów. Gdyby wydali EP normalnie, to pewnie i tak masa ludzi ściągnęła by ją z netu, wydrukowała okładkę i cieszyła się, że ma ją za darmo, zupełnie za darmo... No nic, faktem jest, że kiedy na końcu zabawy w tworzenie mojej własnej kopii More Like The Moon przeczytałem pod spodem "For the cost of a blank disc, a sheet of paper, a little ink and a little bandwidth, we give you the new Wilco record", sam się wzruszyłem.

A co do muzyki, to jest ona zupełnie zwyczajna. Sześć kawałków o łzawym wydźwięku, nawiązujących formą i poziomem do wcześniejszej twórczości grupy. Jedyny ślad YHF to cover "Camera". Niezbyt udany, ale utwór ten sam w sobie jest tak znakomity, że nawet w takiej wersji miło go sobie odświeżyć. W środku zestawu mamy "Woodgrain", nieodparcie kojarzące mi się z "*******" Flaming Lips. Choć porównanie to, tak konkretne, jest poniekąd bezsensowne, wszak takich piosenek są tysiące. No ale niech zostanie. Dalej mamy "A Magazine Called Sunset", chyba mój ulubiony kawałek. Wesolutka melodyjka na klawiszach z efektem "cymbałki", a może cymbałki, nieważne. Rytmiczne grzechotki, partie smyczków, fajny refren, oraz uwaga: żeńskie chórki. O ile dobrze mi się wydaje, zespół nigdy wcześniej nie korzystał z pomocy niewiast. Tutaj słodkie zawodzenie lasek fajnie zlewa się w tle z pasażami gitar, tak, że mieszanka nabiera spójnej formy i zaczyna tworzyć nierozerwalną całość. Też oczywiście wypadałoby powiedzieć, że pewien zespół wykorzystał (między innymi) ten efekt do stworzenia brzmienia wszechczasów, ale przecież i tak wszyscy wiecie o kogo mi chodzi.

A jeżeli jesteśmy już przy hardkorowych skojarzeniach, to napędzane wspomnianymi cymbałkami intro to nie kto inny, jak świętej pamięci Frank Zappa. Następnie mamy "Bob Dylan's 49th Beard", którego już sam tytuł wskazuje na inspiracje. Trochę singer/songwriter mi zalatuje. Zamykający krążek tytułowy kawałek to wariacje na gitarze w stylu meksykańskich, ewentualnie hiszpańskich wirtuozów, poparte wolną, oszczędną perkusją, którą z podobnym efektem mógłby odegrać komputer. Ma to swój klimat, letni urok. Acha, te dźwięczne gitarki przywodzą na myśl tegoroczne Calexico – Feast Of Wire, jakby ktoś był ciekaw. Nie mam zamiaru oszukiwać siebie, ani kogokolwiek, że ta płyta jest artystycznym wydarzeniem, bo na pewno nim nie jest. Jednak niech nikt nie ośmieli się podważać jej wartości jako symbolu. To tak, jakby rozkapryszone dziecko narzekało na prezent od wuja, w sytuacji kiedy wuj chciał naprawdę dobrze. Zresztą nie ma co popadać w skrajności. Nie jest super, ale wcale nie jest źle, choć oczywiście po najbliższym długogrającym projekcie Wilco spodziewam się wiele więcej. Reasumując, More Like The Moon to wspaniała rzecz, która na pewno ucieszyła prawdziwych fanów. Tymczasem czekamy na prawdziwie nowe nagrania zespołu. Ciekawe co nam zeprezentują teraz, po odejściu Bennetta.

Jacek Kinowski    
11 lipca 2003
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie