RECENZJE

Wilco
A Ghost Is Born

2004, Nonesuch 5.9

Zupełnie nie upojeni sukcesem komercyjnym Yankee Hotel Foxtrot, Wilco powracają do bardziej tradycyjnego w większości repertuaru z pogranicza kameralnego alt-country i miękkich przystępnych folkowych kołysanek. Rozumiem malkontentów rozczarowanych przejawem konserwatywnej postawy, ale z drugiej strony płyta weteranów sceny musi ujmować, emanując pozytywnym ciepłem i pewną kompozytorską dostojnością. Jak słusznie zauważyło redakcyjne koleżeństwo, dla Tweedy'ego post-Yankee oznacza to samo, co dla Brocka post-Moon albo Meadowlands dla Wrens. Dotykamy tu aury paraliżu twórczego i bezradności opanowującej wielkiego artystę, który nie jest w stanie przeskoczyć już swojego opus magnum. Wilco kompletnie nie wykazują zainteresownaia podpinaniem się pod jakiekolwiek najnowsze kierunki w folku. Jeśli już decydują się na jakieś odjazdy, są to ich własne, niezależne kaprysy; bez freakowego pozerstwa.

Do takich kaprysów z pewnością zalicza się odsyłający do Neu! "Spiders (Kidsmoke)". Syntetyczny motyw pianina współpracuje z minimalistyczną partią gitary O'Rourke'a i popylającym groovem Kotsche, ustalając trans w klimacie dingerowskiego motorik. Na bazie tego Tweedy próbuje coś mieszać: generuje sprzężenia, kombinuje z rozsadzaniem narracji wplatając oddzielną piosenkę wewnątrz utworu. W dość zachowawczym folkowym zestawie to nawet odważny eksperyment. Jest jeszcze drugi wykręt: "Less Than You Think" – dawka mrocznego, kwiczącego ambient-noise. Kilkanaście minut, żeby ktoś nie pomyślał, że wymiękają. Ale tym razem to wypad nieudany, i nie tylko ze względu na całkowity brak kontekstu.

Te dwa kawałki stanowią praktycznie jedyne odstępstwa od "prawowiernego" smęcenia. No może jeszcze zaskakujący niby-jam w zakończeniu openera – z wyładowaniami gitarowymi i napieprzaniem w bębny. Oprócz tego dominuje hołdowanie tradycji, jak w prześlicznie wysmakowanym dialogu akustyków i pianina "Muzzle Of Bees" czy anemicznym pobrzdękiwaniu we wstępie "Less Than You Think", gdzie Tweedy zbliża się do zbolałego croonu Oldhama. Ponadto duch Neila Younga unosi się nad A Ghost Is Born. "Hell Is Chrome" to archetypiczne youngowe country, w którym więcej tej charakterystycznej magii i urody, niż wieśniaczych schematów ze Stanów. Lider Wilco upodabnia tu nawet wokal do kultowego drżąco-tęsknego timbre największego kanadyjskiego barda, delikatnie zawodząc na tle skromnego fortepianowego akompaniamentu, wywołującego najsilniejsze skojarzenia z "Birds" lub utworem tytułowym z After The Gold Rush. Na pewno niezwykle miła, pełna uroku pieśń. Ale w pewnym sensie On The Beach zaspokaja moje potrzeby na tyle, że nie potrzebuję, choćby i zacnych, odwołań do czcigodnego Neila.

Chociaż materiał Ghost specjalnych niespodzianek nie przynosi, w sferze produkcyjnej, brzmieniowej O'Rourke i Wilco nas po prostu rozpieszczają. Album materializuje pojęcie aranżacyjnego kunsztu, rozbudowując mało frapujące pogrywanie tak, by wypadło maksymalnie interesująco. To tylko częściowa przykrywka dla merytorycznych, songwriterskich braków. W gąszczu drobnych ozdobników kryje się w końcu mnóstwo sympatycznych melodii. Jedno tylko zastrzeżenie: większość z nich zdaje się raczej oklepana.

Michał Zagroba    
27 grudnia 2004
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie