RECENZJE

Why?
Oaklandazulasylum

2003, Anticon 6.4

Kiedy kilka lat temu trzech ambitnych, poszukujących artystów z Anticonu zjednoczyło się na wspólną kolaborację, nie wszyscy jeszcze zdawali sobie sprawę z historycznej powagi projektu. Jak miało się wkrótce okazać, s/t Clouddead należy do albumów, których niemal-przełomowe znaczenie nie jest widoczne od samego początku, ujawnia się powoli i stopniowo, w miarę jak stylistyczne wyalienowanie i oryginalność płyty błyszczą coraz jaskrawiej. Clouddead nie jest bynajmniej dziełem powalającym w sensie songwriterskim. Jest trudnym w odbiorze brzmieniowo-ekspresyjnym novum, fascynującym tajemniczością, pewnym rodzajem niedopowiedzenia i nieprzystępnością właśnie, ale wcale nie będącym eksperymentem, tylko pełnoprawnym artystycznym stejtmentem. Można gdybać jakie arcydzieło wyszłoby, gdyby genialny pomysł – psychodeliczny rap w post-Cypress Hillowym wydaniu na tle eterycznych, odrobinę orientalnych ambientowych soundscape'ów – zapłodniony został równie interesującą treścią, ale rozważanie tego typu wyidealizowanych alternatywnych scenariuszy zaprzecza praktycznie samej naturze poczynań Dose One'a, Why? i Odda Nosdama, nie przywiązujących specjalnie wagi do jakości każdej minuty materiału, wybierających frapującą imperfekcję. Jakkolwiek nie zapatrywać się na spektakularny efekt współpracy na szczycie podziemia, Clouddead niewątpliwie poszerzył gatunkowe horyzonty, stapiając wartości wcześniej rzadko ze sobą kojarzone.

Why?. Jeden z dwóch głosów projektu nie posuwa się w żadnym wypadku dalej, ale jak na kontynuatora klałdowej "idei" odwiedza zaskakująco różne sfery muzycznych pomysłów, nie mniej pojebanych gwoli ścisłości. Echa dokonania sprzed dwóch lat słychać tylko fragmentami, w rozciągniętym backgroundzie przemielonych w domowych warunkach produkcyjnych sekcji dętych "Ferriswheel" chociażby, w charakterystycznym wokalu autora rzecz jasna, w rozpoznawalnej na trzy kilometry chorej śpiewodeklamacji. Przede wszystkim Oaklandazulasylum budzi zdumienie elementami nieobecnymi w undergroundowym anticonowym hip-hopie: lap-popowym "Cold Lunch", posępną parodią chorałów kościelnych z udziałem mrocznych partii organowych, arabskimi harmoniami "Our Neighbour's Daughter", bezboleśnie przeobrażającymi się w housowe tchnienie "A Little Titanic". A chyba najbardziej dziwacznymi piosnkami o folkowym rodowodzie, takimi jak "Early Whitney" i "Shirtless, Sheetless, And", rodzącymi niepokój czy podporządkowywać je pod kategorię "emo" w krzywym zwierciadle, czy paranoję antycypującą dalszy odcinek ścieżki, którą kroczy Jamie Stewart.

Prawda jest taka, że napotykamy na intensywną żonglerkę konwencjami, analizie której należałoby poświęcić opis każdego poszczególnego utworu. Oakland wygląda na luźny zbiór abstrakcyjnych konceptów, kreacji artystycznych. Jest skrzyżowaniem teatralnego dramatyzmu z groteskowym podejściem i doskonaleniem metody pozwalającej zetrzeć "powagę" z pastiszem. Jest dziełem tyleż interesującym, co niedoskonałym. I jeśli słuchając Why? nie wiecie tak na dobrą sprawę "co tu się dzieje", bez obawy – nie jesteście sami. Widocznie kiedy eksperymentator wywodzący się ze sceny hip-hopowej zabiera się za pisanie piosenek o popowych podstawach należy spodziewać się takiego ekscentrycznego wybryku natury.

Michał Zagroba    
22 grudnia 2003
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie