RECENZJE

Whitest Boy Alive
Rules

2009, Bubbles 6.5

Historia Erlenda Øye przypomina nieco sagę Kevina Barnesa – kilka lat po nagraniu albumu stanowiącego hymn na cześć zakochania i motyli w brzuchu, życie popchnęło jego talent w kierunku przeciwnym, to jest płyty dla porzuconych. I tak jak m.in. z tego powodu o Hissing Fauna zrobiło się głośno, tak na debiut Whitest Boy Alive zwrócili uwagę chyba głównie fani Kings Of Convenience. Nie dziwię, że krzyczący i machający rękami a także prąciem Barnes przedarł się ze swoim cierpieniem do radia i telewizji, a nieco bardziej powściągliwy Øye – nie. Co nie zmienia faktu, że dla mnie w o wiele bardziej poruszający sposób moment, kiedy "nie ma życia", oddał Norweg. Kluczem były nie tylko poszczególne punkty, jak riff otwierający album ("najbardziej samochodowa piosenka ever"), jak genialnie przekorny bas "Golden Cage" czy też proste ale celne teksty – powodem dla którego tak często do dziś wracam do Dreams są obszary ciszy rozsiane po tym krążku. Niby gra muzyka, ale ucho przyzwyczajone do dogrywanych smyków, syntezatorów, pierdów wciąż się dziwi, że w tym wypadku tu rzeczywiście nic poza perkusją, basem, gitarą, klawiszami i wokalem nie ma. Skutek tego minimalizmu jest taki, że choćby rozgrywały się tu piosenki dorównujące tym z debiutu Kings Of Convenience, to ja wciąż słyszę tępą, rozedrganą jak powietrze latem i w efekcie wymowną – ciszę.

Zabieg ten czteroosobowy skład Whiteste Boy Alive kontynuuje na swojej drugiej płycie i pod względem "fajności" nic się nie zmienia – słuchanie WBA jest dokładnie tak cool jak to wynika z mieszanki kilku faktów: Berlin, Norweg w okularach i flanelowej koszuli, stonowane inspiracje Braxem ale i Hancockiem zarazem, zupełny brak silenia się na cokolwiek. Jasne, że można (a nawet należy) wytknąc w tym miejscu, że nie ma na Rules takich underground-hiciorów jak na debiucie, kolejne tracki się ze sobą zlewają, a niekiedy nawet zrzynają arpeggia z poprzedników. Przepraszając wszystkie inne (na pewno bardzo przejęte) zespoły które za podobny stan rzeczy zjebywałem, muszę stwierdzić, że w tym wypadku w ogóle mi to nie przeszkadza. Wiecie kawały niemal nigdy nie są śmieszne, zwłaszcza te o bacy – ale niezależnie od tego w jaką nieśmieszność tego całego bacę władowano, jakoś zawsze on budzi sympatię, ma naturalny dar do bycia fajnym po prostu.

Jędrzej Michalak    
28 kwietnia 2009
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Indie
Car Seat HeadrestTwin Fantasy