RECENZJE

Whitest Boy Alive
Dreams

2006, Service 6.1

Płytę norwesko-polsko-niemieckiego projektu Whitest Boy Alive, wydaną przez szwedzką wytwórnię Service (przynajmniej mój egzemplarz, ale w zasadzie w każdym zakątku świata ten album ma innego wydawcę) usłyszałem po raz pierwszy w maju w Berlinie, który jest zresztą siedzibą zespołu kierowanego przez Erlenda Øye. W kameralnym Privatclubie odbywał się wówczas koncert Jensa Lekmana (jakie on miał fajniutkie dziewczyny w akompaniującym zespole, palce lizać), przed którym jako support w akustycznym secie zaprezentował się zupełnie niespodziewanie wspomniany Erlend, wykonując między innymi swoją wersję "50 Ways To Leave Your Lover" Paula Simona. Jeszcze wcześniej z głośników poleciał przedpremierowo dwukrotnie omawiany tu krążek. Tak więc kwestię pozytywnych skojarzeń mamy załatwioną na starcie, ale przecież i bez nich Dreams broniłby się bardzo dobrze.

Rozpatrując ten album na tle innych projektów Norwega można by go umieścić gdzieś w połowie drogi między estetyką eksplorowaną przez niego na obu wydawnictwach Kings Of Convenience, a fascynacją elektroniką udokumentowaną na solowym Unrest z niewielkim wszak przechyłem w stronę tej ostatniej płyty. Whitest Boy Alive miał być początkowo projektem stricte elektronicznym, ale jak wieść niesie muzycy zniechęceni pierwotnym efektem nagrań zamienili swoje syntezatory na "prawdziwie rockowe" instrumentarium. Coś jednak z pierwotnych założeń w brzmieniu tej płyty pozostało i mimo, iż jest to materiał nagrany głównie przy pomocy klasycznego zestawu – gitara, bas, perkusja – to sposób w jaki muzycy operują tymi instrumentami śmiało pozwala na wrzucenie tego albumu do przepastnej szufladki z nalepką electro-pop, obok takich płyt, jak Zoomer czy Neon Golden. Nie od czapy byłoby też wskazanie na pewne pokrewieństwo z pierwszymi nagraniami Phoenix, przynajmniej w najbardziej tanecznych momentach albumu ("Burning"). Towarzystwo więc przednie, ale WBA wcale nie robi w nim za ubogiego krewnego, czego najlepszym dowodem są dwa najlepsze numery: znakomity powolnie rozwijający się "Don't Give Up" oraz funkujący "Above You". Wprawdzie niektórych może nieco drażnić pewna monotonia tego albumu, mogą też denerwować trochę naleciałości Cure'owe w "Golden Cage", ale dla mnie to nieistotne szczegóły raczej, bo generalnie rzecz biorąc skubany okularnik po raz kolejny udowadnia, że czego by się nie tknął, to i tak nigdy nie daje plamy.

Aha, Eirik Glambek Bøe podobno już skończył studiować tę swoją psychologię i też ma nowy zespół – Kommode, pierwsze nagrania mają się pojawić tu już wkrótce. Tak więc jeśli ktoś podobnie jak ja nieco tęskni za KoC (istniejącym zresztą nadal, ponoć nawet nowe kawałki pojawiły na tegorocznych koncertach, choć jeśli chodzi o rejestrowanie nowego materiału, to na razie cisza w eterze), to ma obecnie zarówno czego słuchać, jak i na co czekać.

Tomasz Waśko    
5 marca 2007
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: R.I.P.
Rekapitulacja 2018: Azja