RECENZJE

White Stripes
White Blood Cells

2002, XL 6.0

Wyobraźmy sobie taki oto obrazek:

Mamy rok 2060. W małym, przytulnym mieszkanku w podwarszawskiej miejscowości leży sobie na tapczanie stary, siwy zgred słuchając muzyki przez trąbkę akustyczną, taką samą jakiej używała babcia w serialu Allo, Allo. Dźwięki sączą się z głośników, wprawiając w drżenie ściany pokoju i doprowadzając do rozpaczy sąsiadów. Smutne i szare jest jego życie. Jedyne dwie radości jakie mu pozostały to dobra telenowela w telewizji i oczywiście cotygodniowa wizyta wnuków. Tej drugiej oczekuje w tej chwili starszy jegomość. Nie ma nic przyjemniejszego niż dyskusje między-pokoleniowe na tematy muzyczne. Jest to coś w rodzaju misji uzmysławiania dziatwie jak to naprawdę było za naszych czasów. Tego dnia, młody człowiek zwrócił się do swojego mentora w interesującej sprawie. Przyjrzyjmy się bliżej rozmowie:

- Dziadku, właśnie przeglądałem sobie encyklopedię muzyki rockowej XXI wieku. Bardzo ciekawe. Od razu kupiłem sobie kilka starych płytek.
- Ah, tak? Jakich?
- No słyszałeś kiedyś o White Stripes? White Blood Cells?
- No tak. Słyszałem. Nawet napisałem kiedyś recenzję. Musiałeś chyba zwariować, żeby po sześćdziesięciu latach kupować sobie jakieś White Stripes.
- Dlaczego? Przecież tam, w tej encyklopedii, jest napisane, że początek XXI wieku stał pod znakiem odwrotu w stronę rockowej prostoty, prostodusznej gitarowej muzyki. A głównymi wyrazicielami tych tendencji był między innymi zespół White Stripes. To podobno jakiś ideał niezależnego rocka: rodzeństwo, w którym koleś gra na gitarze, a jego siostra napieprza w perkusję.
- Coś podobnego. Bzdurzą jak zwykle. Po prostu takie granie zyskało umiarkowaną popularność wtedy, a nawet uznanie ze strony krytyków. Ale już dziesięć lat później nikt nie zaprzątał sobie tym głowy. No i nie jest to żaden odwrót w żadną stronę. Fajne granie, ale zwykłe.
- Widać, że już tego nie czujesz. Nic nie rozumiesz. Tam liczyły się te genialne nieskomplikowane melodie.
- Jakie genialne? Niczego takiego się nie dopatrzyłem. Bardzo fajny jest ten pierwszy kawałek, no i czwarty.
- Tak. "Dead Leaves And The Dirty Ground" i "Fell In Love With A Girl". Ale co w takim razie powiesz o tych pięknych balladach?
- Jeśli chodzi ci o te sympatyczne, rockowe piosenki miłosne w rodzaju "The Same Boys You've Always Know" i "I Can't Wait" to, owszem, miłe. Ale zrozum, że tysiące takich ballad było wcześniej i później i zapewne będzie jeszcze kolejny tysiąc. Widzisz dziecko, ja nic nie mam do braku nowatorstwa, prostoty i czerpania z tradycji. Ale musi być przynajmniej jeden interesujący element, jakaś najmniejsza oryginalna cecha, albo po prostu bardzo dobre kompozycje. Musisz się jeszcze wiele nauczyć.
- Ale czy to prawda, że oni nagrywali w garażu? Podobno wtedy czasami tak się właśnie robiło.
- Tak jak mówiłem. Musisz się jeszcze sporo nauczyć. Pomyśl logicznie: gdyby naprawdę nagrywali w garażu, nie mieliby gdzie samochodu postawić. To jest taka stylizacja, rozumiesz?
- Tak. A coś w tym złego?
- Tego nie powiedziałem. W każdym razie to całe White Stripes nie jest jakieś wyjątkowe. Powiedz mi, czy ty znasz już prawdziwą klasykę, żeby się za White Blood Cells chwytać? Najlepsze płyty blues-rockowe? Punkowe? McCartneya? A od czego myślisz wzięło się to całe "We're Going To Be Friends"?
- Skoro taka ta płytka słaba, to dlaczego tkwi w odtwarzaczu?
- Co?! Kwestionujesz mój autorytet? Przeciętny album i już. Tylko zajebiście się słucha.
- A to nie najważniejsze? I co to znaczy zajebiście?

Michał Zagroba    
31 maja 2002
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie