RECENZJE

White Stripes
Icky Thump

2007, XL 4.5

White Stripes są już teraz właściwie jak polska reprezentacja piłki nożnej – nieszczególnie mnie ciekawią, grają też nieszczególnie i są biało-czerwoni (właśnie, biało-czerwoni i nawet oddają obrazkowy hołd Pałacowi Kultury i JP2!). A jednak niezupełnie, bo nie przełączam kanału, kiedy się pojawiają oraz, w przeciwieństwie do dziejów reprezentacji, interesują mnie dzieje ich wcześniejszych dokonań. Tak, przyznam się od razu, lubię wszystkie płyty White Stripes do Elephanta włącznie, a zwłaszcza debiut. Podoba mi się na przykład ich deklarowany brak ciśnienia na szczerość i ingerencję w Iraku pomimo popularności i jednoczesnej, jak to mówią promocyjne materiały co drugie słowo, "surowości". W kwestii stylu to ich przysłowiowy minimalny wystrój i może też fakt, że zespół uznawany jest za niezal-prymitywizm przyczyniają się do tego, że w moim muzycznym pamiętniczku mam przy White Stripes jednak plusa, a nie minusa.

Można patrzeć na nich jako na wpisanych w nurt zespołów życzliwie żartujących z jakiejś stylistyki. Można jako na przebrzmiałe gwiazdy stylistyki przebrzmiałej. Za każdym razem będziemy mieć rację, ale nie zmienia to faktu, że należy dorzucić do tego po pierwsze ich urok osobisty, a po drugie uniwersalne elementy stylu bytujące sobie obok tego, co z medialnego nadmiaru nie brzmi już świeżo.

White Stripes mają biały szron na głowie i zdecydowanie nie to zdrowie, ale to wciąż oni w swojej na powrót (bla bla bla) firmowej stylistyce i dlatego przyznam, że wysłuchałam tej sporo słabszej (choć nie aż tak jak Get Behind Me Satan) płyty z przyjemnością, chociaż również ze smutkiem i nostalgią, bo do starej foremki wyciągniętej z garażowej kuchni polowej już niekoniecznie mają co wsypać. Za firmowy styl ich lubię i w związku z tym wybaczam im nagranie Icky Thump. Jeśli lubicie Jacka i Meg to też wybaczycie, bo nie jest aż tak tragicznie i przełączycie na starsze płyty. A zatem – "dla fanów", jak to piszą w gazetach.

Pisałam niedawno w tej rubryce o Field jako o pożywnej prostocie wykorzystanej w wyrafinowany sposób. Tutaj wyrafinowaniem ma być brak wyrafinowania, ale dopiero od niedawna zaczyna to porządnie uwierać i coś zaczyna nie pasować do czegoś, co powoduje, że już i tak cienka granica zostaje przekroczona. Nie zapominajmy jednak, że w White Stripes wciąż jest coś radośnie, sympatycznie dresiarskiego, nawet jeśli jest to dres, który już raz był modny. Nomen omen?

Zosia Dąbrowska    
3 września 2007
BIEŻĄCE
Hockeysmith"Lonely Loving Me"
10 najlepszych płyt 2018