RECENZJE

White Stripes
Get Behind Me Satan

2005, V2 0.6

Nadciągają złe dni dla Jacka i Meg. Kiedy dopiero wkraczali ze swoją radosną prymitywną twórczością, nikt sobie ich chujowością nie zaprzątał głowy. Nieszczęśliwie, w roku 2001, z naprawdę sympatyczną płytką, załapali się na falę wznoszącą medialnie sterowanego revivalu, przy okazji niefortunnie wykreowani na modelowy dwuosobowy skład o surowej gitarowej sile, na zasadzie sam konkret (a, i osobnicy gardzący modami dokonali niezrozumiałej nobilitacji bezdennie nudnego De Stijl wtedy też). Zgodnie z tym czego można było oczekiwać, do swojego zwyczajnego chujnego poziomu powróciło rodzeństwo wraz z wyjątkowo mało inspirującym Elephant, albumem jadącym wyłącznie na bistym riffie "Seven Nation Army", który jednak zaczyna nudzić jeszcze zanim indeks discmana wskaże cyferkę "2", nawet przy pierwszym przesłuchaniu. I tyle mniej więcej wnosi to wydawnictwo, klasyka rocka. Obecnie, gdy fala dobiła już brzegu (pieniąc się jeszcze resztkami entuzjazmu trzeciego garnituru krytyków opiniotwórczych magazynów), White Stripes będą coraz bardziej zdani na siebie. I obawiam się, że w tak mało sprzyjających okolicznościach cała ich chujowość zostanie boleśnie obnażona, czego pierwszy dowód leży właśnie przede mną. Proszę zaprotokołować.

Spoglądając przez lupę, żenadność nowej płytki Stripesów wręcz trudno skumać. Trudno skumać jak szanująca się kapela mogła zdobyć się na wydanie takiej kupy. Singlowy sataniczny hołd z tym wpierw chropowatym, później śliskim hard-rockowym riffem ustala najniższe standardy, a nienaturalny falset Jacka każe zastanowić się, czy nie miała tu miejsce próba odebrania widowni zespołowi AC/DC (choć należy spodziewać się, że fani tej zasłużonej załogi stać będą betonem za swoimi ulubieńcami do samego końca, ich albo ich). Ludzie podniecają się, że White'owie jeszcze podobnego kawałka nie mieli... i faktycznie! A ja na przykład nie uznaję instytucji pisuarów, co nie znaczy, że jak zacznę z nich korzystać, będzie to wydarzenie godne odnotowania. Umm, cio jeszcze. Chociażby tragiczna marimbowa wprawka "The Nurse" czy wkraczające na terytorium zerowych, bladych jak nieboszczyk, stadionowych u podstaw, rockowych ballad "Forever For Her". Skok przez płot do "Little Ghost" i otrzymujemy dokładnie to samo w konwencji niemrawo pełznącej, akustycznej pieśni. Jeszcze przeraźliwie karkołomny, srający folk "White Moon" i "I'm Lonely" oraz wieśniaczące country "As Ugly As I Seem". Brudny bluesior "Instinct Blues" należy do najbardziej miernych osiągnięć White Stripes na polu ich trademarkowego pierwotniactwa.

Nie wiem po prostu, po prostu, ręce i nogi opadają, jeszcze się w grafice zatrudnię komputerowej. Zrozumcie, że Elephant to przy Get Behind Me Sratan album *z wykopem*. Obudź się Neo, zdolne kapele takie gówienka w stanie są produkować codziennie.

Michał Zagroba    
14 listopada 2005
BIEŻĄCE
Young MarcoBahasa
DucktailsWatercolors