RECENZJE

White Hole
Pink Album

2004, Kitty-Yo 5.8

Duet White Hole to kolejni utytułowani (w podziemnym kręgu) płodni artyści, budujący renomę poprzez udzielanie się mniej więcej we wszystkim jak leci: w zespole perkusisty Radiana, w Static, nawet z Zornem w jednym kawałku live, who cares? Nie przepadam za tym lekko sztucznym wszędobylstwem, bo zwykle chęć wylansowania własnej postaci negatywnie wpływa na jakość projektów (w Polsce też mamy kilka takich "złotych rączek", choćby Mazolewski ostatnio). Wyjątkowo, Pink Album zalicza się do udanych przedsięwzięć. Tym krążkiem White Hole dołączają do nowej generacji artystów grzebiących w eksperymentalnym, instrumentalnym hip-hopie na bazie brzmień elektronicznych. Z najbliższych skojarzeń Seed To Sun Boom Bipa przychodzi na myśl – podobna formuła mieszania estetyk i instynkt do pełnych, namiętnych, a przy tym uroczych melodii. Melancholia przeplata się z mniej przystępnymi aliażami, kiedy to kolesie decydują się grać "free", no i angażującym tanecznym transem, nie tak odległym od Berlinette. Zresztą jak by się bardzo uprzeć można dostrzec w tych gęstych, z lekka paranoidalnych klubowych harcach pewien klimat nocnego życia wielkiego miasta, w którym sporo dzieje się po zmroku. W tym wypadku byłaby to stolica Niemiec, gdzie notabene nigdy nie byłem. (Ale widziałem w telewizji kiedyś – ehm, podstawówka, kablówka, RTL2, anyone? Niemieckie "magazyny". What the fuck just happened. Odsyłam do recki Sightings.) Szkoda tylko, że dance'owa intuicja zawodzi nieco w środkowej części albumu, kiedy to obfite mieszanie nie prowadzi ani autorów, ani słuchacza, do żadnych konkretnych konkluzji, a jedynie nieco przynudza. Szczęśliwie, przeważa pierwiastek popowy.

Michał Zagroba    
15 lutego 2005
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: R.I.P.
Rekapitulacja 2018: Azja