RECENZJE

Weyes Blood
Titanic Rising

2019, Sub Pop 7.0

Najgorętsza płyta roku i dno północnego Atlantyku z cyklicznymi klawiszami nadającymi odpowiedni patos całej tej przebieżce. "A Lot's Gonna Change" jest jak ten ocean – zimne, przestrzenne, surowe. Monumentalny opener ocierający się o doskonałość i przejmująca po nim schedę "Andromeda", powodują wyzwolenie słuchacza z samozachowawczych barier za pomocą najbanalniejszych, ckliwych wzruszeń. Miłosno-adolescencyjny topos, retromańska nieufność względem technologii, orkiestracja i głęboki, z czasem przesadnie monotonny, głos. Ale emocjonalny ładunek blednie, gdy wchodzi porażający "Movies". I nawet to kłopotliwe poczucie winy – wynikłe z tego, że te Max Richterowskie* szantaże bez oporu sprzedają twoje poczucie smaku – rozpływa się pod naporem tak rozwiązanego napięcia i sposobu, w jaki zamykane są te progresje. I know the meaning, I know the story, I know the glory... Rozprężasz się, rozpadasz, zanikasz.

Kate Bush, barokowy chamber pop, lata 60. i 70. Joanna Newsom i dużo dojrzalsza emocjonalnie Lana Del Ray. Natalie to alternatywna eksperymentatorka, która magicznym zaklęciem współczesnych trendów została przemieniona w wyniosłą diwę. Propagatorkę poważnego, pozbawionego glukozy popu i przesadnej fetyszyzacji patrzenia na życie z jego bardziej depresyjnej strony, z lekką dozą eskapistycznej antyironicznej nadziei ("Something to Believe"). Mówimy tu o kobiecie, która w swojej twórczość potrafiła do klasycznie sformułowanych piosenek wplatać szczątki krautowych odjazdów, żeby już nawet nie ruszać przeszłości wypełnionej brutalnym noise'em. Jednak tym razem spójność i jednolita wizja, której sztywno się trzyma, przezwyciężyły dawną żyłkę do szaleństwa, dając nam serię utworów niemal odlanych z tej samej matrycy, tworząc zamkniętą filmową historię. Czy takie płyty, to płyty, których chcemy słuchać w 2019 roku? Płyty bojące się powiedzieć: All In stojącym naprzeciw muzycznym konserwatystom? Płyty, które wskrzeszają stare, sprawdzone schematy, grając na tym, co tak dobrze znamy? Bezpieczne. Rzemieślniczo dopracowane. Oszałamiające swoją produkcyjną perfekcją. Tak. Ale, czy w tym przypadku to płyta zasługująca na, to żeby być traktowana, jako najlepsze co spotkało dzisiejszą scenę (aktualny ranking RYM-u)? Tutaj muszę powiedzieć stanowcze nie.

Bo gdy ochłoniemy od wszechobecnego hajpu i zostaniemy sam na sam z płytą jako całością, stwierdzimy, że skumulowane tutaj utwory w zestawieniu z tymi wysoko-kalorycznymi niszczycielami sprezentowanymi na początku, wypadają "zwyczajnie", brzmiąc klasycznym zbiorem bardzo dobrych piosenek, z kilkoma urokliwymi balladami broniącymi się kaskadami wysokobudżetowego aranżu. Wcześniej wspomniana stylistyczna spójność i monotonia głosu, o ile mają swój urok, to niewątpliwie kładą się cieniem na uwadze słuchacza, w szczególności przy pierwszych odsłuchach, zyskując za to wiele z każdym kolejnym przesłuchaniem, gdy w końcu uda nam się wyłapać unikalne dla każdego kawałka tropy (nagły Kanye West w "Mirror Fever", epickie zakończenie "Something") pomijając już w tym zestawieniu świetnie skonstruowane refreny. Wciąż jednak – to już było. To porządna płyta, którą słyszeliśmy w setkach permutacji. Nie powala, nie zachęca do niezmordowanego repetowania każdej sekundy, oprócz wzruszenia i ładnych melodii nie wnosząc nic nowego do życia. Czy sama udana piosenkowość wystarcza, aby utrzymać się pod ciężarem padających zewsząd zachwytów?

Czysto teoretyczne pytanie, czy mogę uznawać płytę za doskonałość, dać jej łatkę dzieła genialnego, gdy to tylko i wyłącznie kopia? Oczywiście, do popowego absolutu Weyes daleko. Ale co gdy weźmiemy na warsztat eksperyment myślowy. Gdy ktoś dziś, w 2019, zgarnie kilkanaście tysięcy sampli i sklejając je miesiącami, stworzy nowe Avalanches – lepsze, większe, doskonalsze od pierwowzoru, wciąż niezmordowanie tkwiące stylistycznie na gruncie oryginału, nie dodając nic od siebie. Czy przez to czasowe spóźnienie, nie załapie się na bycie Best of the Best całej twojej muzyki, mimo tego, że przez cały czas jej trwania dała ci więcej niż najlepsze albumy, jakie w życiu słyszałeś? Czy mogę cieszyć się z takiej płyty bez wmieszania jej w cały ten konglomerat inspiracji i gatunkowych przetasowań skrupulatnie prowadzony przez sczerstwiałych kronikarzy muzyki popularnej, stawiając to za czynnik dający mi prawo do jej deprecjacji? Czy od czegoś tak nieistotnego, jak historia uformowana w kształt długiej linii, możemy się świadomie oderwać? Czy te rozmyślania nie powinny pozostać w głowie burzliwie dojrzewającego nastolatka już kilka lat temu? Na coś takiego mogę tylko uczciwie powiedzieć stanowcze: raczej nie mam zdania, dając wam okazję do intelektualnych zabaw z samym sobą podczas śniadania. A jeżeli zaś o Weyes chodzi, Weyes jako Weyes – nie zbuduje na ulicach barykad, nie zdegeneruje kręcącej się po kółku młodzieży, nie zmieni mojego smaku, nie zaskoczy niczym, ale za to da mi i wam bardzo, ale to bardzo ładne piosenki.

*Ten strzał w Richtera nie został tutaj umieszczony w sensie wartościującym. Max to człowiek w swoim mocno filmowym stylu posługujący się niemal prymitywnym, czysto emocjonalnym wyrazem pozbawionym intelektualnego naddatku. Ładne, proste, patetyczne melodie, rozbudowywane o kolejne i kolejne warstwy. Może brzmi to jak grzech, ale grzechem nie jest, a w przypadku Richtera to wypełniona w dobry sposób nisza, której osobiście wydaje mi się, że potrzebujemy.

Michał Kołaczyk    
21 maja 2019
BIEŻĄCE
FKA twigs / FKA twigs feat. Future"Cellophane" / "Holy Terrain"
Porcys Składak: Lush