RECENZJE

Weird Dreams
Choreography

2012, Tough Love 6.9

Ociągałem się z tym tekstem jak nigdy wcześniej. Od dwóch tygodni każdy dzień spędzam z Choreography na wyświetlaczu mojego playera i zgrabnymi piosenkami na słuchawkach. Z jednej strony indolencja reckopisarska, z drugiej – czysta przyjemność. Świadomość ciążącego zobowiązania w słusznej sprawie i antyteza zjawiska zmęczenia materiału jako dwie strony tego samego. Piosenki, jakimi przedstawiają się światu londyńczycy z Weird Dreams są chyba nie do zajechania. Powiem więcej: są jak orzeszki ziemne.

Sami zainteresowani wspominają o inspiracji Davidem Lynchem i The Beach Boys. No tak, oczywistość odwołania się do tych drugich ze względu na charakterystyczne harmonie wokalne, to conditio sine qua non recki Choreography, jednak pole słyszalnych wpływów jest znacznie szersze. Zresztą gdyby zabawić się w wyliczankę momentów, w których otrzymujemy wypisz wymaluj jakichś innych artystów, to skakalibyśmy po dekadach, nieraz bardziej odwołując się do źródeł wtórnych, np. Violens, Real Estate, Best Coast, Grizzly Bear czy ostatniego Ariel Pink’s Haunted Graffiti i ich interpretacji estetyk ufundowanych niegdyś przez Beach Boys, Cure, Smiths, Aztec Camera, Feelies czy jakieś kiwi bandy w rodzaju Chills lub Bats. Na marginesie ciekawy moment, w którym jakoś naturalniej przychodzi wychwytywanie wspólnych mianowników brzmieniowych z artystami epoki iPoda i Spotify, a przecież wiemy, że "wszystko już było" i kwestią rzetelności jest odwołanie się do ojców założycieli.

Możemy powiedzieć, że linia basu w "Faceless" świruje niczym u Gang Of Four, ale ja tu od razu usłyszałem Violens z takiego "The Dawn Of Your Hapiness Is Rising". "Summer Black" rozpoczyna progresja akordów niczym w "Boys Don’t Cry", ale to co dzieje się dalej w kwestii wokalu, melodii i brzdąkających strun upycha utwór gdzieś między Drums a Vampire Weekend. Tego typu korespondencji mamy więcej. Wspomnę o znakomitym "Holding Nails", emanującym plażowym, wakacyjnym feelingiem dzisiejszej indie popowej Kalifornii, nad którą nawiewają spaliny znad robotniczej Anglii lat 80-tych, generowane w sposób Marrowski – frywolnie popylajacymi po strunach paluszkami. W "666.66" mamy miks tych beachboysowych wokaliz i post-punkowych riffów, a gdzieś w końcówce trzeciej minuty następuje przejście, w którym objawia się śpiewający falsetem Ariel Pink. Te same wokalizy pod koniec balladowego "River Of The Damned" snują się jak w eterycznych odsłonach Grizzly Bear. Gdy Doran Edwards parę razy przeciągle zawodzi, to mówię: "o takie trochę Tame Impala". A przecież Kevina Parkera zestawiano z niejakim Johnem Lennonem.

Możemy się tak bawić dalej, Choreography oferuje szerokie możliwości tytłania się w konwencji namecheckingu, która zrobiła mi tę recenzję. Ponad wszystko pochwały idą jednak za treściwość i gęstość motywów na długości niemal całego albumu. Sprawnie dialogujące gitary, czy to szorują struny czy rozdzwaniają w uszach janglującymi pętelkami, albo gdy rozjeżdżają się w lekko psychodelicznych delayach – tworzą ciągłość i wrażenie niewymuszoności następujących po sobie faktur. Ta lekkość i naturalność odnosi się również do wokali z chwytliwie napisanymi melodiami. Wskazywanie jakichś skaz na całości byłoby działaniem na siłę. Paradoksem jest brak jakiegoś singlowego killera, który poniósł by Weird Dreams ku listom przebojów. Killerskim jawi się to, co zaczyna dziać się na wysokości 3:30 "Suburban Coated Creatures", ale niewybaczalnym jest wyciszać utwór w momencie, gdy zaczyna obierać kurs na błogą nieskończoność. Sprawdźcie to. To tutaj właśnie mam jedyne ewidentne pretensje. Mimo iż formalnie kryterium singlowości spełnia tu każdy track, jest to zdecydowanie muzyka albumowa, oferująca fajny oniryczno-słoneczny klimat. Gdy słuchając dwóch końcowych fragmentów reflektujemy się, iż wszystko co ciekawe zostało już opowiedziane, materiał startuje od początku i wciąga na nowo.

Michał Hantke    
21 kwietnia 2012
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie