RECENZJE

Weezer
Everything Will Be Alright In The End

2014, Republic 6.4

Po dwóch krążkach, które Weezer wydał w 2010 roku, wśród sympatyków zespołu rozpowszechniło się przekonanie, że to już naprawdę tyle i tego całego cyrku nie da się już dalej ciągnąć. Nie dlatego, że uprawiane przez czterdziestokilkulatków babranie się w fantazmacie wiecznie highschoolowego życia z założenia nie może nie być groteskowe – nie oszukujmy się, fantazmat ten zawsze był wyłącznie misternie podtrzymywaną przy życiu iluzją amerykańskiej popkultury, a nie żadnym rzeczywistym "aspektem kulturowym", widoczną tym wyraźniej, im z dalszej, bardziej peryferyjnej perspektywy ją obserwowaliśmy. Stąd zresztą paradoksalny fenomen zespołów w rodzaju The Notwist – bardziej amerykańskich niż same Stany Zjednoczone – czy nawet tego, co działo się i dziesięć lat temu w Polsce. Kody licealnego i studenckiego rocka, włącznie z całą ironiczno-slackerską figurą lajfstajlu, jaka z nich wynikała, zadomowiły się u nas równie bezprzemocowo, co tajne więzienia CIA, z prostej przyczyny ich całkowitej widmowatości. Stąd Weezer – surrealistyczna kolorowanka rodem z Adult Swim, skierowana do dzieci tuzów college-rocka – przez lata zdołał, pomimo całej swojej kuriozalności, utrzymać się w ryzach pewnej spójności: świadcząc nie, jak się powszechnie przyjęło uważać, o kompletnej infantylizacji swojego lidera, ale o od zawsze wiszących nad tradycją gitarowego grania najbardziej wstydliwych fantazjach.

O ile więc Hurley, dowód zupełnego wypalenia i wyczerpania muzycznego Riversa i spółki, rysował linię możliwej mety (o kompromitujących "b-side'ach" z Death To False Metal lepiej już w ogóle zapomnieć), tak Everything Will Be Alright In The End bez większej przesady można nazwać nowym otwarciem. To najlepszy Weezer od czasów "zielonego albumu" – a więc od ponad trzynastu lat. Co więcej, również z kilkoma piosenkami, w których napisanie włożono najwięcej pracy od... debiutu? Gdyby "Lonely Girl" czy "I've Had It Up To Here" zaplątały się przez pomyłkę w tracklistę jakiejś kompilacji starych odrzutów, to zdecydowanie dałbym się nabrać.

Najbardziej jednak cieszy to, że w czasach, kiedy "powroty do formy" stały się powszechnie odrzucaną kategorią percepcji muzyki, a zajawki wypalają się "społecznościowo" po kilku tygodniach/miesiącach, Everything Will Be Alright In The End nie tylko nie przeszło niezauważone, ale doczekało się całkiem solidnej porcji propsów. Postępujący rozkład kultury muzyki gitarowej miał do tej pory jeden wyrażający go projekt – Swans, czyli pierwszy "rockowy" (heh) zespół, który dokonał całościowej transgresji do formy internetowego memu. Weezer, wraz ze swoją infantylnością, dziecięcą energicznością i fantazjami, ale też i konsekwentną niezależnością oraz myśleniem w kategoriach utopijnego projektu wiecznej adolescencji, doskonale wpasowałby się w towarzystwo Michaela Giry – nawet jeśli miałoby to miejsce wyłącznie na łamach jednego z przyszłych podręczników do historii muzyki popularnej.

Jakub Wencel    
13 grudnia 2014
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: R.I.P.
Rekapitulacja 2018: Azja