RECENZJE

Weeknd
Starboy

2016, Republic 5.3

Lubię pisać, jak bardzo fascynuje mnie, że ta w zamyśle atakująca błyskami, bijąca po oczach różnobarwność Starboy, przybiera tak wypłowiały, blady odcień. I tutaj mógłbym przyznać rację Reynoldsowi porównującemu – karkołomnie jak zawsze – naszego bohatera do Bowiego z czasów Station To Station, gdyż wynikiem jest muzyka równie monochromatyczna, płaska, przenicowana. Niestety, o ile w "wypadku" arcydzieła Davida to naturalny wynik zjawiskowego songwritingu przypudrowanego kokainą, cechująca geniusz samoświadomość, to krążek Kanadyjczyka wydaje się dziełem co najwyżej przypadkowym i przypadku, kolejną niezbyt angażującą płytą nudziarza. Schematyczną, ociekającą blichtrem, pustawą. Ta dyspersyjna moc, w której od dobrych paru lat króluje Abel – i chyba tylko w tym – intryguje na gruncie konceptualnym, ale śmiertelnie nudzi, gdy wynikiem jest jedynie muzyka tła, dźwięki do seksu z głuchawym partnerem o niewybrednym guście. Rozwodnione piosenkopisarstwo, którego nieudolne dryfowanie głównym nurtem wspierane jest brakiem charyzmy i przeciętnym głosem.

Lubię myśleć, że "Pyramids" Franka Oceana jest wszystkim tym, czym powinno być Starboy – wygrubaszoną, fantasmagoryczną wędrówką po klubach, w której progresja oznacza nie tylko kolejną zmianę miejscówki, ale poszerzanie perspektywy, wytężanie wszystkich zmysłów, by nie przegapić ani jednej sekundy, z dyskotekową kulą w roli pryzmatu skupiającego wrażenia.

Lubię kłamać, że Starboy to przyzwoita płyta, ale przyzwoitość w r'n'b to ostatnie, czego oczekuję po tak perwersyjnym gatunku. Bezpieczna, bowiem to buchające testosteronem przedstawienie, okazjonalnie upstrzone romantyzmem na pokaz, paradoksalnie wydaje się wykastrowane, a spłycony oddech i przyśpieszone tętno rezonują nie na miarę fundamentu intrygujących dźwięków, ale jedynie jako snapchatowe momenty arenbicznego imaginarium, spreparowane na potrzebę chwili nierzeczywistości. Po wszystkim można wyobrażać sobie, że przeciętny słuchacz czeka na featuringi Nayvadiusa i Kendricka jak na alkohol, który wreszcie uderzy do głowy. Koledzy nie zachwycili, ale przynajmniej wyrywają z letargu. W sukurs przychodzą ponadto: spóźnione o parę lat szukanie szczęścia z Daft Punk, opatulenie się Cashmere'ową produkcją, palenie schronu z Tears For Fears, podróż Metro Boominem. Tęsknię odrobinę za tym nieszczęsnym mrokiem, fałszywym lo-fi Trilogy, której kompozycyjne niedostatki doskonale maskowała mgławicowość rodem z pierwszego "Silent Hill".

Lubię prosić znajomego, by napisał wierszyk na temat:
"był koniec tygodnia wyszedłem do klubu
zawinąłem ją na kwadrat zawinąłem ją w złoto
słuchałem jej i Weeknd była blada nie chciała słuchać
jak jego muzyka słuchała JMSN mówiła że była na openerze
że będzie znowu mówiła że była niełatwa
no trudno ale dobra opowiedziałem że abel prawie etiopia
afryka trochę fela q-ti nie chcę innej mieć brazowe oczy i brązowe
czy mojżesz, abel? no, you kain't
ja szukam niuans ty czytasz newonce"

Lubię udawać, że o podtrzymanie zainteresowania walczą teksty, konkretne wersy, z którymi łatwo mogę się identyfikować ("When I’m fucked up / That’s the real me", "Can feel her teeth when I drive on a bump / Fingers letting go of the wheel when I cum", "Made your whole year in a week too, yah / Main bitch out your league too, ah", "My soul is buried in low Ferraris", "I feel like Moses / I feel like I'm chosen", "Woke up by a girl / I don't even know her name"). Drake pokazał, jak za pomocą dialektyki wybrnąć z impasu, w który wprowadza mieszanka rycerskości i przedmiotowego traktowania kobiet. Zapraszam na korepetycje.

Lubię sobie wmawiać, że kariera Lany del Rey stanowi odzwierciedlenie muzycznego rozwoju autora Kiss Land. Poczciwa Elizabeth, przeistoczona w wampa, mięsistymi ustami pochłaniająca rynek, mutująca w pogoni za dolarem, potworniejąca słabym materiałem, ale wspierana machiną promocyjną... "Like I'm James Dean / I'ma die when I'm young" vs. "It was like James Dean / For sure".

Lubię po latach zrozumieć, że wykorzystanie "Master Of None" Beach House na House Of Balloons to wielopłaszczyznowa prefiguracja, kreśląca karierę opartą na – jak pisali mądrzejsi ode mnie – cynicznym recyklingu przebojów, co mogło kiedyś imponować, ale teraz śmieszy, zwłaszcza że ma chujowy głos i niestety odpada, bo sample już nie te. Martwi niezrozumienie istoty popowej kompozycji: dla byłego dredziarza krok w popową stronę to wygładzone brzmienie, osadzenie całości na house'ujących bitach i zaproszenie Lizzy Grant. Jeżeli kawałek z nią to najciekawszy fragment płyty, to o czym to świadczy? Nie tędy droga, zwłaszcza że w zaaferowaniu zapomniano o wybijajacych się ponad przeciętność zwrotkach, mostkach i zapamiętywalnych refrenach. I żadne faksymilia Max Martina czy Diplo nie pomagają.

Lubię czasami postawić sprawę jasno: to nie jest tak zła płyta, jak bym chciał albo jak wynika z tego tekstu. Bynajmniej, to porządnie skrojona muzyka, bezproblemowo miksujaca pop, monotonię, r'n'b, dance i nudę. Bezbolesna, jeżeli pominiemy paszteciarski refren "False Alarm"(naprawdę niesmaczna rzecz, ostrzegam) i pierwsze piętnaście sekund "A Lonely Night", w czasie których ciarki zażenowania przebiegają po całym ciele. Za to dziękuję, Abel.

Lubię na końcu przyznać, że nie do końca lubię.

Paweł Wycisło    
15 grudnia 2016
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: R.I.P.
Rekapitulacja 2018: Azja