RECENZJE

Weeknd
House Of Balloons

2011, self-released 6.5

KB: Ciekawa próba kontynuowania starań The-Dreama i topienia ich w trip-hopowej duszności. Większość utworów tchnie bogactwem producenckich pomysłów i sztuczek, jednak kompozycjom brakuje pewnego emocjonalnego zacięcia, przez co mniej więcej od połowy zaczyna się ziewać. Trochę dzieło dla koneserów futurystycznego r&b, nie mniej jednak zdarzają się też i bardziej ujmujące błyskotki – najciekawszą jest moim zdaniem wciągające "What You Need", które kojarzy mi się z Lisą Shaw z "Cherry" i tym, co robi na przykład Jacques Greene.

MP: Krzywo, koślawo, mgliście, duszno, momentami swędzi, piecze, mruga, w ogóle nie zalotnie, a irytująco. A dalej to stricte r'n'b. Drake trochę wyhajpował, ale dobrze, bo jest za co łapać (przecież). Pierwsze trzy tracki petardy, z mocnym wyróżnieniem dla "House Of Balloons/Glass Table Girls", gdzie kwaśny syntezatorek, a i pierwiastek psycho się wkrada. Znajdzie się też miejsce dla jednego z najbardziej wyeksploatowanych patternów akordowych, choć mam nadzieję, że mrugnięcie okiem może wprowadzić niezalstwo w zakłopotanie za sprawą tekstów (też). "What You Need" jako najbardziej "klasyczna" pościelówa i w ogóle najbardziej zachowawczy utwór stawki, co i tak nie odbiera mu animuszu. Brak oczywistego wypełniacza, co tylko zaostrza apetyt. Czarnuch (uchy?) uzyskał poklask, białasowatym Aliciom Keys mówi "please". Jakkolwiek zabawnie by to nie brzmiało, "fani How to Dress Well czy Jamesa Blake'a mogą doznać." Ale ja się w Jędrasa bawić nie będę. Podoba się!

KFB: Właśnie, ja tam na przykład dla odmiany za bardzo nie rozumiem tych odniesień do How To Dress Well. U Krella pierwiastek lo-fi odgrywa niebagatelną rolę, u Weeknd tego w ogóle nie słyszę. Zamiast tego projektu w roli punktów odniesienia widziałbym bardziej takie postacie jak Drake, R.Kelly czy wspomniany przez Kamila The-Dream, bo maniera wokalna typa odsyła mniej więcej w takie okolice. Sam House Of Balloons punktuje w dużej mierze dzięki pewnej dozie nowatorstwa – pochodzący z Toronto Abel Tesfaye nagrał album zarówno nowoczesny pod względem brzmieniowym, jak i pod wieloma względami zatopiony w tradycji owocnych dla komercyjnego r'n'b lat dziewięćdziesiątych. Różnorodne podkłady i ciekawe sample (Beach House!) dostarczą wielu wrażeń fanom "nowej muzyki", ale mnie chyba najbardziej podoba się ta odlschoolowo funkowa gitara napędzająca "The Morning". To właśnie ten numer oraz ewokujący klimatem bardziej niepokojące dokonania George'a Michaela "Coming Down" uznałbym za highlighty tego niezwykle solidnego albumu, który z miejsca zasługuje na miano jednej z najciekawszych tegorocznych płyt.

MHJ: Beach House swoją drogą, ale w tytułowym "Happy House" przecież! Zgadzam się w większej mierze z red. Bartosiakiem, zwłaszcza w kwestii świecącego najjaśniej "The Morning" (nawet pierwsze Varius Manxy się wkradają). Zdecydowanie czekam na następne kroki DUETU ( z najnowszych doniesień wynika, że nie tylko sam Able Tesyafe stoi za projektem).

Marian Pietrowicz     Kamil Babacz     Magda Janicka     Kacper Bartosiak    
24 marca 2011
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Indie
Car Seat HeadrestTwin Fantasy