RECENZJE

We Versus The Shark
Ruin Everything!

2005, Hello Sir 8.0

Mike rozdzielając promówki które przyszły do nas jakoś w marcu, od razu skierował longplaya We Vs The Shark i split-EP-kę z zespołem Maserati (playlist po wakacjach jak sądzę) do mnie. Nauczony moją obsesją na punkcie wypatrywania następnej "wielkiej nadziei punka" wiedział, że to może być moje granie. W końcu zamieszkała w Athens (btw znów hajpuję stan Georgia, dziwna sprawa, gubernator mi za to jakoś nie płaci) ekipa reklamuje swoją twórczość jako punkt przecięcia między Fugazi, Dismemberment Plan, Les Savy Fav i Q & Not U. Noooo, chętnie rzucę uchem.

Ale żeby być w zgodzie z samym sobą, to przyznam, iż spodziewałem się kolejnego fanklub-bandu spod znaku Plastic Constellations. Dodatkowo, był to dla mnie etap spóźnionej fascynacji utworem "Model America" nieistotnej w sumie formacji Read Yellow. Zupełnie przypadkowo, "Model America" jakby kończy dyskusję o współczesnym amerykańskim post-punku. Idealne proporcje hałasu i melodii, pasja przy której Pretty Girls brzmią jak małe dzieci, wreszcie zakrzyki "shut out!" kończące frazy zwrotki, najoryginalniejszy środek wyrazu wokalnego jaki kojarzę w ostatnich latach, powodujący u mnie trzęsionki. Ten utwór nie brzmi jak emo-jęki sfrustrowanych nastolatków, nie brzmi jak bunt robotniczej młodzieży która wyszła na ulice walczyć o chleb, nie brzmi jak intelektualny, precyzyjny komentarz do czegokolwiek. Ten utwór brzmi jak koniec cywilizacji, obwieszcza upadek kultury po prostu.

Wspominam to, bo siadając do Ruin Everything! sądziłem, że po "Model America" kolejne młode zespoły mogą się silić, lecz i tak nie przeskoczą poprzeczki, więc nie doznam. Z początku zareagowałem niechęcią. Album mnie zmęczył, niczym prog-rock używający narzędzi hc/punkowych. Pisałem kolegom: "Czy to jest kurwa jakiś kiepski żart? Poczułem się stary, nie mam zdrowia do chorego, zmutowanego punka, ewoluującego w stronę post-prog-core... We robią jakieś po prostu rzeczy których nie chce mi się słuchać po prostu. Tam każdy moment napakowany jakąś genialnością, ale smutek, ze jestem zmęczony i nie mam siły doznawać. Ja nie wiem, wrócę se za 3 lata, jak odmłodnieję. Stareńki, tego się nie da słuchać, za dobre. Paradoksalnie wpadłem we własną pułapkę: za dużo treści mnie zniechęca do życia tu. Nie mogę. Nie ma w tym lekkości, humoru; jest ciężkość i powaga. Artystycznie to jest być może moja 10-ka roku, motywy genialne, ale jeśli nie mam przyjemności w słuchaniu, to co mam zrobić". I jeszcze: "Przerzucam się na poważkę po prostu. Już nic w punku nie można zrobić, tylko takie chore karłowate mutanty jak We VS, ze kolesie wiecej tu zagrali nut niż inni w całym życiu. I to jakby mnie wkurwia. Mam dosyć robienia czegokolwiek".

"You Don't Have To Kick It" zaczyna półgodzinną płytę entuzjastycznym, kolektywnym skandowaniem na tle cykających garów i marakasów, kojarząc się mimowolnie z napływem fanklub-bandów w guście Plastic Constellations. Kanciasty interplay wioseł ewoluuje ku funky-scratchom, by w końcu lutnąć potęgą hardcore'owej miazgi, jak w typowym post-punku 00s. Pierwszym niestandardowym elementem jaki zauważycie będzie głos Luke'a Douglasa Fieldsa. Facet krzyczy z determinacją więźnia, który po odsiadce dwudziestu lat powrócił w celu wyrównania rachunków z niegdysiejszymi wspólnikami. Ma zwierzęcość w barwie i kompletną niemelodyjność w artykulacji. Jak wielcy przedtem, wyraża krwisty ból agresją i brudem. Drugim czynnikiem jest forma utworów, do której trzeba się przyzwyczaić przy chęci dalszego słuchania. Te literki "A" i "B" w opisie tracklisty dają wskazówkę: konstrukcyjnie, kompozycje grupy lokują się bliżej Genesis i Gentle Giant haha, niż your everyday niezal.

Shark potrafią wymącić zrolowaną, asymetryczną zagrywkę wiążącą cały numer, ale też wyskoczyć z refleksyjnym refrenem i sfrustrowanymi mostkami. Zwarte oklaski nabijają "As Good As It Gets". Yet, this is no Franz or Futureheads. W przeciwieństwie do brytyjskich media-pupilków, piwniczne kapelki ze Stanów mają w sobie, w swojej przestrzeni audialnej, zawartą szczerość i naturalność. (Historia wyspiarskich rockmanów to historia cyników od Lennona przez Partridge'a po Gallaghera, Yorke'a i Aschcrofta.) Nie wiem czy to kwestia odpowiedniego modelu gitary czy wzmacniacza, grunt, że kiedy w "Ten Uh Clock Heart Uh Tack" dwie gitarki w stereo oplatają tykającą ślicznie kukułkę talerzy, a potem wczesno-Police'owy, copelandowski bit, to coś ściska nagle w gardle. I wtedy ujawnia się ten boski, żeński głos, reminiscencja timbre Andrei Zollo. Samantha nuci skromnie, niewinnie i czysto, łamiąc mi serce na osiemdziesiąt dziewięć części. Jej partia, skontrastowana z pomykającym w lewym kanale przecudnym motywikiem i wspomagającą narrację sekcją to coś zbyt pięknego. Niespodziewanie, niebiańską sielankę przerywa anarchiczny bridge. Jak Plan na E & I, Shark łączą błogą popowość ze zmutowaną dzikością, "The City" z "I Love A Magician".

Ale to kurwa nie koniec, bo w tym samym kawałku przyjebują kilka sekund później rasowy mięsisty riff z galerii Nieodkrytej Klasyki Rocka, jak Sabbath w podziale 9/8, do chuja noo. Masakra znaczy. Do końca tracka majcie się 3: przetrwa on kurację psychiatryczną w domu upośledzonych metalowców, zmysłowy miarowy masaż w kameralnym pomieszczeniu i spotkanie z zabłąkanymi nieopodal avant-noise'owcami. Najlepsze, że to nawet nie jest szczytowa atrakcja materiału. Highlightem bowiem "This Graceless Planet". Gdy go zapuścicie, wiele wam umknie już na starcie. Zobaczcie choćby kunsztowny bit, szokująco kreatywnie podkreślający podjazdy basu. Głównie jednak uwagę przykuwa oczywiście cięta partia gitary, wyłaniająca się z chaosu jazgotliwych wyładowań na gryfie i leadująca kompozycję. Rozkoszna w swej prostej repetycji w dwóch metrach, prowadzi poprzez łagodniejszą zwrotkę do rozpaczliwego chorusu, by w końcu ugrzęznąć w błocie wirtuozerskich ostinato rodem z ConstruKction Of Light (niedawno wróciłem, świetna płyta!), a następnie dojść do gotującego się jamu na zasadzie "garażowi dance-punkowcy rozgrzewają instrumenty próbując improwizować". I kiedy w finale motyw frippowy powraca w wersji z tanecznym bitem, można dostać palpitacji serca.

Jesteśmy w 40% płyty, nie mam zamiaru zdradzać reszty. Generalnie ziomy jadą pomiędzy Cancer Conspiracy a Faraquet, w eleganckie labirynty wciskając struktury śpiewne. Ok, mamy "It won't last / Not forever", poprzedzone cudnie melancholijnymi schodkami gitary w "I Am Destined For Greatness", czy czystą frajdę riffiku wstępnego z "I Am At The Mercy Of An Ambulance Driver"... Ale to nie te czasy kiedy znajdowałem w sobie tyle dobrej woli żeby opisywać każdy numer z osobna. Powiem wam tyle: w ostatnich miesiącach cierpiałem na (przejściową mam nadzieję) przypadłość wypalenia w sobie entuzjazmu do słuchania muzyki. Jestem czołowym przedstawicielem frakcji głoszącej teorię dewaluacji muzyki z każdym dniem i obecny rok to dla mnie pod tym względem męka – kolejne premiery rozczarowują mnie albo niemiłosiernie nudzą, mimo że marzy mi się zupełnie odwrotny scenariusz. M.I.A. mi się przejadła nawet, mimo wielkiej sympatii. Ale od prawie pół roku katuję sobie Ruin Everything! (na marginesie: różne źródła podają odmienne daty wydania, ale ja na okładce mam 2004 i tego się trzymam, co nie zmienia faktu że w tym beznadziejnym roku potraktujemy krążek jak Department Of Eagles w ubiegłym, a więc jako kandydata do rankingu) i wreszcie ją polubiłem, a jej potencjał chorego kazirodczego uroku mnie wzrusza. Z radością rozniosłem w miarę możliwości wieść o niej wśród znajomych. Na pewnym etapie stwierdziłem, że na dzień dzisiejszy była jedyną aktualną rzeczą do jakiej chciało mi się w 2005 wracać. A mamy pieprzony lipiec.

Borys Dejnarowicz    
8 lipca 2005
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie