RECENZJE

We Versus The Shark
Dirty Versions

2008, Hello Sir 7.8

Matka Samanthy musi być przerażona. Dziewczyna miała takich fajnych kolegów. Byli trochę niepokorni na debiucie, ale prognozy były dobre. Mieli trochę stonować, uczesać się i zacząć pojawiać się w kolorowych magazynach, na dużych festiwalach i przede wszystkim zarabiać. Niestety, młodzieńcy postanowili wziąć sobie do serca przesłanie debiutanckiej płyty. Pochowajcie więc matki, dziatki i dyskografię Trail Of Dead – oni naprawdę niszczą!

Odnoszenie się do debiutu nie ma zresztą aż tak wielkiego sensu. We Versus The Shark grają agresywniej, ciężej i są tak przeładowani pomysłami, że na dobrą sprawę rezygnują z pisania piosenek. Jeśli na Ruin Everything! nie mogli się zdecydować czy agresywny punk, czy indie-rock, to teraz podjęli decyzję, która okazuje się być strzałem w dziesiątkę. Naprawdę, dawno nie słuchałem albumu, który dostarczałby tyle energii, oczywiście negatywnej – nie przyszliśmy tu słuchać reggae!

Sentymentalnie, muszę zestawić Dirty Versions z The Cat And The Cobra, która to budziła mnie codziennie w okresie przedmaturalnym, błyskawicznie podnosząc ciśnienie. Do Les Savy Fav nawiązuje też jeden z najspokojniejszych momentów płyty – "Dogs", w którym wokal Luke'a Fieldsa zbliża go manierą do naszego ulubionego, grubego brodacza. Perkusista wychodzi odetchnąć na niemal dwie minuty a wokaliście towarzyszą jednostajna gitara i klawisze. Jednak gdy Scott powraca do studia rozgrywa swoje partie niczym niegdyś Nick Dewitt na debiucie Pretty Girls Make Graves.

Momentami We Versus The Shark brzmią jak szlachetne połączenie dynamizmu Drive Like Jehu z sekcją rytmiczną Unwound z okresu The Future Of What ("Mr. Ego Death"). Problem jest taki, że gdy już wydaje mi się, że mam już na nich receptę, oni dołączają do gry fortepian, a ja momentalnie tracę rezon. Oczywiście można powiedzieć, że bliżej Dirty Versions do labelowej siostry – Cinemechanica ("I Am The Contempt Machine", "Keep It Wolf"), że czasami kombinują z formą, niczym Brainiac czy Ho-Ag (znów Hello Sir Records), ale nie można zaprzeczyć – mają swój styl. Wynikający chyba bardziej ze spontaniczności (album został nagrany na żywo w studio) i bezpretensjonalności niż jakiś zabiegów taktycznych.

Zawsze przechodzą mnie ciarki podczas słuchania "I Am A Caffeinated Corpse", który utwierdza mnie w przekonaniu, że duet wokalny Luke – Samantha łączy jakaś, bliżej nieokreślona, chemia. W tle tego utworu po raz kolejny możemy usłyszeć microkorg zamiast basu. Następny jest "Gothic Y’all", w którym agresywny, punkowy refren przerywają nagłe handclapy i komiczny dość keyboard (przypominający trochę sytuację z "TV Party" na debiucie Black Flag).

Nie wiem czy nobilitujące, ale na pewno ciekawe jest to, jak zespół drugim krążkiem poszerzył swój target. Zarówno fani hardcore’u spod znaku After The Bombs, jak i Ci, którzy od We Versus The Shark wolą Alians Versus Predator, dostarczali mi entuzjastyczne informacje zwrotne.

Popadam powoli w stany ekstatyczne, wiem. Domyślam się też, że zaraz znajdzie się kilku znawców, udowadniających mi, że gitara nie żyje. Po przesłuchaniu Dirty Versions najchętniej bym im najebał. Kawa drożeje, bilety MPK drożeją, zainwestujcie – kupcie nowe We Versus The Shark!


PS: Niestety, okazałem się być złym prorokiem. Dziewczyny, błagam, nie słuchajcie matek! Dla nich zawsze ważniejsze będą odrobione lekcje niż bycie w naszej drużynie.

Jan Błaszczak    
23 czerwca 2008
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie