RECENZJE

Wczasy
Zawody

2018, Thin Man 6.4

Adam Kiepuszewski: To dość niezwykłe, że na pierwszy odsłuch danego utworu tak mocno wpływają czynniki pozamuzyczne. Jest to odkrycie z typu oczywistych oczywistości, jednak warto się nad nim chwilę zatrzymać. Zanim przesłuchałem pierwszy singiel, promujący nowy album Wczasów pt. "Dzisiaj Jeszcze Tańczę" (który szybko zyskał popularność, stając się oprawą muzyczną reklamy ramówki TVN-u), natknąłem się na social media zespołu i mnogość promocyjnych klipów. Ich facebookowy fanpage wypełniony jest filmikami, na których znajdziemy m.in. odjechane rozmowy na udawanym backstage'u koncertu Metalliki czy stereotypy dotyczące rosyjskiej kultury. Zawsze nagrywane kamerą VHS. Niby nic wielkiego, ale dzięki temu udaje się osiągnąć pewną spójność stylistyczną. Klip do "Dzisiaj Jeszcze Tańczę", w podobnej retro-stylizacji, przedstawia członków zespołu Bartłomieja Maczaluka i Jakuba Żwirełło podczas nocnych ekscesów ze znajomymi na mieście. Moment, w którym Maczaluk śpiewa z pasją do kamery, a obok namiętnie całuje się para, jest chyba kwintesencją zespołu i idealnie wpasowuje się w jego estetykę. A sam utwór to earworm jakich mało, niedzielny spleen zamknięty w 3 minutach i 27 sekundach.

Powiedzieć, że muzycznie Wczasy nawiązują do lat 80., to jak nic nie powiedzieć. Analogowe syntezatory, automaty perkusyjne, gitarki zanurzone w reverbie. Taki "Ciągle Sam" to niemalże copycat The Cure z czasów Disintegration. Ale gdyby bardziej sprecyzować brzmienie duetu, inspiracje okazałyby się nieco bardziej współczesne. Na Zawodach dominuje połączenie post-punkowego pulsu The Drums z syntezatorami à la wczesne Lust For Youth. Niewątpliwie pojawią się głosy typu: "A po co komu właściwie kolejny pretensjonalny, synth-popowy, przesiąknięty nostalgią zespół?". Sęk w tym, że już na debiucie Wczasy osiągnęły poziom często nieosiągalny dla tego typu zespołów. Panowie mają przede wszystkim smykałkę do urokliwych melodii, których nie powstydziłby się taki Martin Fry. A z tym ugrzęźnięciem w nostalgii sprawa wcale się nie ma tak jasno.

Już w pierwszym utworze następuje wyraźne rozliczenie z przeszłością, a konkretnie z wyidealizowanymi muzykami typu David Bowie czy Prince. "Ty kochasz ich, a nie mnie. Lecz mam wiadomość: oni nie żyją". Zderzenie się z brutalną i aktualną rzeczywistością oczywiście podrasowane jest szczyptą ironii. Zresztą na Zawodach większość utworów ma humorystyczny wydźwięk, przez co Wczasom blisko do Ryb, koleżeńskiego zespołu z labelu. W pędzącym "Ryszardzie" ironiczny hołd dla Rynkowskiego i innych "tuzów" show-biznesu może się okazać autoproroctwem, a świetlana przyszłość, opisywana przez Maczaluka, stanie się na wyciągnięcie ręki. Żartobliwa formuła często jednak kryje w sobie drugie dno. Wyśmiewanie speechów motywacyjnych rodem JUST DO IT Shia Labeoufa w "Jesteś Najlepszy" jest również pięknym wyrzeczeniem się samotności i poświęceniem dla drugiej połówki. Refren pojawia się dopiero w okolicach 3:10 (!), ale kiedy już wchodzi, to jak w prawdziwym anthemie wybrzmiewają słowa:

"Jest mi z Toba dobrze!
Jest mi z Tobą najlepiej!
Choć tak bardzo cenię samotność
to wybrałem Ciebie!"

Najczęstszy problem w takiej muzyce to przesadna powtarzalność i schematyczność. Niby wiadomo, że pewnych schematów nie da się przeskoczyć. Wczasy raczej nie wychodzą poza ściśle określoną stylistykę. Nadrabiają jednak zróżnicowaniem utworów pod kątem tempa, nastroju i dynamiki. Roszada na wokalu też jest wcale niegłupim posunięciem. Choć obydwaj panowie wybitnymi wokalistami nie są, nadrabiają za to charyzmą i wyjątkową ekspresją, przez co ciężko nie czuć do nich choć krztyny sympatii.

Bartłomiej Maczaluk i Jakub Żwirełło zdają się jeszcze nie być świadomi swojej genialności. I dobrze. Wierzę w pewną równowagę w naturze. Ich postawa stanowi potrzebną odskocznię w czasach zdominowanych megalomanią pewnego (Ye)gomościa z Chicago. Zwykli ludzie ze zwykłymi piosenkami, którzy śpiewają o zwykłych rzeczach. I jest to dla mnie wyjątkowo piękna sprawa. Na ten moment oczywiście trudno wysnuwać większe wnioski. Jednak podświadomie odnoszę wrażenie, że to właśnie będzie jeden z tych nielicznych polskich albumów A.D. 2018, do którego będę wracał po latach niewymuszenie i z czystą rozkoszą. Dla wielu wczasy tuż tuż, ale przynajmniej dla mnie Wczasy przyszły znacznie wcześniej.

Paweł Wycisło: Chociaż dzisiaj przede wszystkim tańczę i niepoważnie skrobię, to staram się kochać wszystkich, a ludzie piszący na Porcys (na Screenagers i popularnych fanpejdżach też) często figurują na moich listach ulubionych singli, gdyż niezmiernie trudno ukryć fakt, że uwielbiam nie zgadzać się z osobami, których zdanie szanuję. Dlatego powiedzmy sobie szczerze, Adam: każdy, kto podejmuje się obrony tej przeciętnej płyty, stawia się nieuchronnie w pozycji z góry przegranej. Nie, tak naprawdę trudno powiedzieć, w jakiej konkretnie, pielęgnacja zawodów oraz przegrywanie to postawy, w których nierzadko z przyjemnością i rzadziej z godnością się odnajduję, przynajmniej w recenzjach, niemniej wszystkie pochwały spływające na Zawody są dla mnie tak nieuchwytne w swojej ulotności, jak ciąg logiczny tego zdania, które przecież miało stanowić zaledwie nieśmiałe wprowadzenie do filmu, na którym grupa redaktorów Porcys burzliwie dyskutuje o debiutanckiej płycie Wczasów, a ptysiowy przysmak umiejętnie to wszystko uzupełnia i puentuje.

Z ręką na serduszku, zwłaszcza że czuję się mikrotargetem muzyki tego sympatycznego duetu: chciałbym, by debiut Wczasów bronił się czymś więcej niż tekstami, bo o tych mógłbym dużo i zazwyczaj dobrze. I nie tyle mam na myśli trafne w swojej prostocie wersy, co ich zgrabne ujęcie w formie kilkuminutowej piosenki. Wszystkie rozstania i powroty, drogie i drobne uczucia, te nasze psy, które w końcu śpią razem, czy niedokończone imprezy bez końca są trzymane w ryzach i niegłupio wtopione w kontekst ekonomiczny, społeczny. Problemy zaczynają się w chwili, gdy opuścimy strefę słów. Usłyszymy wtedy, że wokale, które w swojej przezroczystości sprawdzają się roli głosu prekariusza-everymana, niestety niekoniecznie bronią się w kategoriach przyzwoitej słuchalności schyłkowego kapitalizmu. Transparentność co prawda dobrze wpasowuje się w teksty – tak jak seplenienie i błędy językowe konstytuują prawilność ulicznego rapu – lecz efektem jest muzyka środka, rozpięta pomiędzy nagrywkami youtuberów a poważniejszym graniem. Skrajnie upraszczając: wokale są chujowe (tutaj na początku napisałem "nieciekawe", ale ktoś napisał w internecie, że nie przepada za wulgaryzmami) i odsyłają raczej do czegoś na wzór odartego z charyzmy Michała Wiraszki. Paralele z Muchami to w ogóle ciekawa kwestia, gdy przypomimy sobie "Nie Przeszkadzaj Mi, Bo Tańczę" i zestawmy to z "Dzisiaj Jeszcze Tańczę", lub gdy zrozumiemy, że "spotykam cię tam, gdzie w letnie dni bawią się nasze psy" mógłby zaśpiewać wokalista Much, gdyby nie zrobił tego na Notorycznych Debiutantach. Jednak gdy wielkość Terroromansu polega między innymi na tym, że słowa wydają się tam być pisane pod dyktat melodii, wszystkie słabostkiZawodów, a zwłaszcza brak równowagi, nie pozwalają tej płycie wybić się ponad przeciętność.

Wczasowa stylistyka, "borrowed nostalgia for the unremembered 80s", jak kiedyś James Murphy celnie podsumował skłonność do revivali, nie prowadzi do ciekawego rezultatu: nie podejmuje żadnej gry z przeszłością czy wykradzionymi wspomnieniami, ograniczając się do dystansu, porozumiewczego mrugnięcia okiem, parodii. Nie podąża ścieżką duchologii i hypnagogii; funkcjonuje tylko jako niezbyt subtelny sztafaż, dekoracja utworzona z najoczywistszych rekwizytów – jak bardzo odkrywcze artefakty polskiej estetyki w rodzaju Pegasusa czy samo brzmienie odsyłające do błyskawicznie nasuwających się dźwięków sprzed dekad. Adam słusznie wspomina The Cure, tyle że jeszcze słuszniej wymienia The Drums, jakby między słowami sygnalizując przeniesienie na polski grunt dźwięków, które w zamyśle były odtwórcze. Poza tym nie mogę nie przyznać, że intrygujące na wielu płaszczyznach ("bystra pod wieloma względami", jak to Żurom zaśpiewał o swojej ukochanej) teksty lepiej prezentowały się slackerskim anturażu, czyli na EP-ce z 2017 roku, gdy jeszcze tworzyło się jakieś napięcie pomiędzy wkurwem, ironią a brakiem zaangażowania. Na Zawodach nie słyszę piosenek, tylko komunikaty podawane w niezbyt zajmujący sposób, delikatnie rzecz ujmując. Brakuje tu odwagi w podejmowaniu konkretnych decyzji muzycznych, toporne refreny mogłyby swoją nieporadnością urzekać, no ale nie, mnie nie urzekają. Irytuje zwłaszcza początek, kasztaniarski kabaret "Prince i Bowie", po którym wypada tylko parafrazować: "poczucie smaku i dobry gust / ja kocham je, ty nie kochasz ich / i mam wiadomość – one tu nie żyją".

Świetny tytuł płyty i bardzo dobra okładka (brak ironii z mojej strony) po raz kolejny pomagają wystawić adekwatną ocenę (tutaj z kolei pojawia się odrobina sarkazmu; darujcie, kochani). Czyli, reasumując, zdecydowanie lepiej od ostatniej Dymińskiej, ale słabiej od ostatniego Bąka, i to bardzo hermetyczne – bo wszyscy mają w piździe polską poezję, co mnie troszkę smuci, ale znowu nie jakoś bardzo – podsumowanie pozwala nam śmiało zmierzać do końca. Więc zakończmy tak, by odpowiednio wybrzmiał prościutki rym: macie niezłe teksty i co w związku z tym?

Paweł Wycisło     Adam Kiepuszewski    
14 czerwca 2018
BIEŻĄCE
SpiritualizedAnd Nothing Hurt
NonameRoom 25