RECENZJE

Wavves
King Of The Beach

2010, Fat Possum 7.0

Ci, co śledzili indie blogi w poprzednim roku, wiedzą, że Nathan Williams ostatnio zbyt mocno doświadczał gitarowego hype'u. Całe obciążenie skumulowało się podczas występu Wavves na Primaverze, gdzie bójka fizyczna z zespołem a psychiczna z tłumem spowodowała ogólny ciężar personalny w zespole i twardy internetowy smród wokół głównego szefa całego projektu. Hej, ale chłopaki nie płaczą, więc i on się pozbierał, wywalił starych ludzi, sprowadził nowych, jakoś ogarnął swoje uzależnienia i wszedł do studia, a w środku był nawet producent.

Jest powód, dla którego nie pisaliśmy o poprzednich wydawnictwach Wavves: były po prostu koszmarnie słabe. Kasetowy debiut zaliczał drobne spoko moko przebłyski ze swoimi intensywnymi lo-fi kolażami, ale podczas słuchania następnego można było mówić "no kaman" co parę sekund. Muzycznie obie płyty nie dotykają nawet połówki ćwiartki jednej setnej poziomu twojego ulubionego lo-fi zespołu i serio nie ma co się męczyć jakąkolwiek rozkminą nad nimi.

Ale! Ale! Teraz Nathan Williams wraca odświeżony, ciągle jeszcze młody, ze wspomnianym już producentem od ostatniego Modest Mouse, z sekcją rytmiczną Jaya Reatarda i strzela płytę o podbijaniu świata, nieśmiertelności i o byciu idiotą. Zmianę słychać od samego początku: opener jest prostą piosenką, gdzie mocne uderzenie w gitarę wchodzi dokładnie wtedy kiedy się spodziewasz, a Ty czujesz okruchy wrażeń z tych, kiedy był 1994 i on miał na imię Jonas. A potem nagle mamy refreny lepsze niż kiedykolwiek: w "Super Soaker" atakuje cudowne szybkie "tururuturu", w "Idiot" dostajemy wykrzyczane oświadczenie, że Williams nigdy nie umrze i że pójdzie surfować w swoim umyśle. Jak jest stop-odpoczynek to Williams używa lekko ogranego patentu, że bit z "Be My Baby" albo uderza w prostą nostalgię, aby potem znów być młodym, słodkim i krzyczeć "I'm just having fun with you" z "you" wprost jak z jakiegoś Dookie. Cały album to eksploatacja totalna krzyków, hooków, Blink-182, maksymalnie dwóch minut, Weezera, haseł w stylu "to take on the world would be something", skandowania i prostego rytmu. "Green Eyes", "Baby Say Goodbye", "Post Acid" – wszystkie spełniają wymóg beztroskich refrenów na płycie stworzonej przez wiecznego gówniarza dla wiecznych gówniarzy.

W dyskusjach o King of the Beach ciągle przewijają się porównania do Nirvany: że nastąpiła wielka przemiana jak pomiędzy Bleach, a Nevermind, że Williams przyznaje w wywiadach do utożsamiania się z Cobainem. Nawet Wojtek opisał wstępnie mi tę płytę jako "Kurt w bermudach na plaży". Porzucając wszelkie różnice w istotności obu płyt to jest w tym całym dziwacznym porównaniu sporo racji. Obaj muzycy jako środka ekspresji używają czasów nastoletnich, bez producenta do końca nie poradziliby sobie i przede wszystkim kumulują gitary w dobrej melodii. Dzięki temu King of The Beach zaskakująco staje się jednym z najlepszych albumów 2010 dla wszystkich przynajmniej lekko tęskniących za rozpierdolem.

Ryszard Gawroński    
5 lipca 2010
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: R.I.P.
Rekapitulacja 2018: Azja