RECENZJE

Warpaint
The Fool

2010, Rough Trade 6.7

JM: Okej. Fajnie, że mają dobrą sekcję, że lubują się w delay'ach, że są z LA (wszystko pasuje), że cztery babki. Tym niemniej nie podzielam hajpu NME i części kolegów – płyta Warpaint nie jest bowiem niczym więcej niż zestawem odnośników do lubianych przez na postaci z poprzednich dekad. Dla mnie ich najciekawsze oblicze to ucywilizowane Gang Gang Dance (patrz początek albumu). Mamy ponadto próby wskrzeszenia hardu ducha Sleater-Kinney ("Composure"), jak i shardzonego ducha Cat Power ("Baby"). Gdzieś tam ("Warpaint") kłania się także środkowe The Cure. Ciekawe, ale... wciąż brzmi to jak większość tegorocznych (i zeszłorocznych) płyt, które słyszałem. Parafrazując gajowego, jeśli mamy razem iść na wielkie polowanie, to nasze kobiety muszą najpierw nauczyć się grać swoje.

AR: Tak. Nie. Nie jest przesadnie różowo, zresztą przecież ma być ponuro na tym malowidle. Można by robić jakieś przekroje poprzeczne, i wyszukiwać jeszcze inne głosy, inne ściany, głębiej w kierunku klimatu gotyckiej Americany, czy wczesnej Elizabeth Fraser. Przy okazji, to akurat nawiązania do Cocteau Twins obniżają napięcie, najmocniej rozpraszają efekt prawie-oryginalności. Ogólnie duchy rzeczywiście dość tłumnie się kłębią, tylko jakoś to wszystko zbyt zgaszone, za mało angażujące, nie mówiąc o możliwości, by The Fool mnie opętał. Czasem jakiś fragment zdoła nawiedzić, niekiedy przeżyję kuszenie, ale jednak radzę sobie z dziewczynami z Warpaint jak Budda z córkami Mary. Przemijają majestaty, wbijają się żądełka a ja czekam na osy. Bez obaw o psychikę mogę powspominać: ładna końcówka "Undertow". Duszyczka Liz Harris rzucająca "Shadows", wbijanie w ten klimat perkusyjnych ćwieków. Momenty wokalnego transu w "Composure". Momenty ocierania się tego transu o "Bloodflow" Smog. Ciekawe różne smaczki, coś w "Majesty", coś w "Bees". Coś, nie "to coś".

RP: Etam. Miejmy serce i patrzajmy w serce. Za ten papieros tuż po i ten szampan tuż przed, którymi częstują panie z Warpaint mam ochotę się przyznać do wszelkich pokładów intymnej czułości, zwłaszcza, że te utwory przecież są także bardzo sensowne. A że nic nie wnoszą? Czułość już taka jest, a jednak słuchając The Fool mam ochotę do tej czułości przynajmniej na jakiś czas przylgnąć i tak zostać. Inspiracje, choćby te, które wymienił Jędrzej także są przecież raczej szczytne i choć Warpaint koła nie wymyśliły to też nie kręcą się z nimi w kółko, a raczej potrafią za ich pomocą wygrywać swoje wrażliwe serduszka ładnie i jakoś mimo wszystko na swój sposób. Do tego świetna sekcja rytmiczna, czego rzeczywiście nie sposób nie zauważyć. Bardzo przyjemnie się przy tej płycie na trochę zatrzymać, czarujące dziewczyny.

ŁK: No ja nie wiem moi drodzy. Nie powiedziałbym, że to nie jest świetna płyta. Rozumiem sceptycyzm – ja sam nie spodziewałem się, że taki album będzie mi jeszcze w życiu potrzebny. Po wielu już tygodniach spędzonych z The Fool wiem, że to jeden z moich albumów roku. Warpaint z początku wydają się jednym z wielu solidnych zespołów około-dream-popowych (Glasser itd.). O dziwo, płyta bardzo rośnie w uszach – polecam słuchawki, polecam trochę czasu. Warpaint są przede wszystkim post-punkowym zespołem operującym minimalistycznym arsenałem i w ogromnej mierze opierającym się na kapitalnej sekcji rytmicznej. Z początku możecie sobie myśleć, że to kolejni naśladowcy Mazzy Star, ale to bardziej xx (Warpaint grały z nimi koncert) grające Bark Psychosis. Na pierwszy plan wybijają się dwa utwory: singiel "Undertow" i kawałek zatytułowany tak jak nazywa się zespół (ktoś inny tak zrobił od czasów CKOD?), długie i pełne napięcia konstrukcje idealnie zazębiających się elementów. Ja jednak zawsze słucham całości, bo to jeden z najbardziej albumowych albumów ostatnio i jeden z zespołów o najfajniejszym brzmieniu z tych zdobywających teraz popularność.

Andrzej Ratajczak     Jędrzej Michalak     Radek Pulkowski     Łukasz Konatowicz    
12 grudnia 2010
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: R.I.P.
Rekapitulacja 2018: Azja