RECENZJE

War On Drugs
Lost In The Dream

2014, Secretly Canadian 6.2

Zdaje sobie sprawę, że ta recenzja jest mocno spóźniona – tak, ten album miał premierę w marcu. Jednak szum medialny, jaki powstał wokół Lost In The Dream, powraca dość szerokim echem przy okazji kwartalnych czy półrocznych podsumowań, a niedawne spięcie na linii Kozelek – War On Drugs, o którym pisaliśmy tutaj, to dobra okazja, by wypełnić powstałą w archiwum lukę. Tym bardziej, że album zasługuje na wypracowaną przez siebie atencję. Niby mamy tutaj do czynienia z kontynuacją drogi obranej na poprzednim wydawnictwie – wciąż silny akcent położony jest na americanę przefiltrowaną przez wrażliwość dzisiejszego indie, opakowaną w ambientowe tła, często rozpływające się w postaci przydługich cod ("Dissapear", ”Under The Pressure”) – ale do kompozycji podchodzi się z reguły solidnie, więc podążanie wyznaczoną wcześniej ścieżką w tym przypadku nie stanowi poważnej wady.

War On Drugs mają zasadniczy problem. Wciąż niesłusznie pozostają w cieniu tak solowej twórczości Vile'a, jak i tej z Violators. Eksczłonek War On Drugs stał się głównym punktem odniesienia w procesie odbioru muzyki filadelfijczyków. Oczywiście, że komparacja tego typu nie jest nieuzasadniona, lecz w brzmieniu zespołu Granduciala większy nacisk położony jest na kreowanie przestrzeni przy pomocy zestawu eterycznych środków, często posiadających pierwiastek quasi-medytacyjny, co w przypadku Kurta nie ma raczej miejsca. Porównanie muzyki na Lost In The Dream do klimatu późniejszych nagrań Spacemen 3 jest moim zdaniem bardzo na miejscu. Jednak zabawa paletą barw zaczerpniętą z ambientu przynosi różny skutek, bo nie jest tajemnicą, że twórczość War On Drugs oparta jest na solidnych filarach kompozycyjnych, a ambientowy anturaż pełni wobec nich rolę podrzędną, będąc bardziej dodatkowym czynnikiem kreującym nastrój aniżeli elementem prowadzącym narrację.

Przykładem udanej symbiozy elementów piosenkowych i ambientu jest utwór otwierający, w którym zgrabny songwriting uzupełniony został o kameralne, rzeźbione syntezatorem outro. Dobrych momentów jest zresztą dużo więcej. Mamy tutaj przecież świetne ”Red Eyes” z wiodącym motywem klawiszy zbudowanym na wzór melodii refrenu (choć lekko nudzące środkową częścią, pełniącą niepotrzebnie rolę przydługiego mostka). W całości przekonuje mnie lecący na wartkim, lekko motorycznym bicie ”An Ocean In Between The Waves” z ciekawą zwrotką, fajnie akcentowanymi arpedżiami gitarowymi i pasażami syntezatora. Jeszcze lepszy jest ”Burning”, posiadający chyba najbardziej chwytliwy chorus oraz równie nośny synthowy riff.

Warstwa ambientowa najsilniej reprezentowana jest przez ”The Haunting Idle”, który bardzo ładnie łączy dronującą gitarę z rozmytym klawiszowym tłem. Niestety w momencie, gdy oczekuje się rozwinięcia, utwór niespodziewanie się urywa. Mogliby go jeszcze spokojnie rozwinąć, bo początek jest bardzo obiecujący. W zamian dostajemy bardzo dobre nagranie zamykające, w którym leniwe klawiszowe intro doskonale zazębiające się ze spójną kompozycją Granduciala powraca na samym finiszu, zgrabnie kończąc album.

Choć Lost In The Dream nie jest tak równe jak Slave Ambient, nie można mu zarzucić braku bardzo dobrych momentów. Ale i tutaj zdarzają się mielizny, jak w przypadku końcówki przytoczonego wyżej ”The Haunting Idle”, a nawet słabsze fragmenty piosenkowe, czego już tak łatwo wybaczyć nie mogę (”Suffering”). Do tego całość nie zawsze wydaje się gruntownie przemyślana, czasem też zamysł jest prawidłowy, a brakuje odpowiedniej realizacji. No dobrze, trochę się czepiam. Może i na siłę, bo to bardzo solidny album i nawet gdybym chciał, to nie potrafię tego jednoznacznie zakwestionować. Nie zmienia to faktu, że do poziomu wydawnictwa Kozelka brakuje mu całkiem sporo, co choć po części może stanowić usprawiedliwienie dla buńczucznej reakcji autora Benji

.

Marek Lewandowski    
2 października 2014
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie