RECENZJE

Walkmen
Bows + Arrows

2004, Record Collection 7.2

Poruszając się po forach internetowych należy stąpać jak po kruchym lodzie, tak, by przeczytanie danego wątku nie skończyło się zepsuciem nastroju tudzież w najgorszym wypadku palpitacjami serca. A szczególnie nie polecam odwiedzać miejsc gdzie dyskutuje się o muzyce. To one najsilniej dowodzą, że nie ma ludzi (nie ma też życia, ale o tym innym razem). Dla sadystycznej zabawy podam parę przykładów wypowiedzi. "Oryginalne płyty to szajs! Mp3 jest bardziej ekonomiczne, poza tym chujkom z zespołów nie chce się grać koncertów! Zmuśmy ich do tego, nie kupując płyt!". Albo: "(Tu następuje 17 smileyów, 12 z buźką uśmiechniętą, 4 ze smutną i 3 z potworkiem zaciskającym usta. Poniżej kolejna porcja uśmieszków, po jednym z każdego rodzaju. Między nimi animacje, wśród których dominują postacie packmanów pijących alkohol i uprawiajacych seks)". Mocne jest również: "Jak dla mnie płyta AD 2003 to Turn On The Bright Lights. Niby z zeszłego roku, ale ja usłyszałem o tej zajebistej kapelce dopiero w tym". A to zostawię bez komentarza: "The Beatles to zespół przereklamowany. Zwłaszcza te pierwsze ich płyty, tego się nie da słuchać! W ogóle ich wpływ na muzykę jest przeceniany".

Poruszyłem temat-rzekę, jakim jest brak poziomu (a właściwie nieistnienie) for internetowych, gdyż przypomniało mi się zamieszczone gdzieś tam stwierdzenie, jakoby "The Walkmen wypłynęli na fali Yeah Yeah Yeahs i w ogóle mody na muzykę Nowego Jorku". Autor zupełnie pominął kwestię chronologiczności czy też takiej błahostki, jak różnice stylistyczne pomiędzy rzeczonymi zespołami (przeciętny fan YYYs albo Strokes rozkoszujący się Everyone Who Pretended To Like Me Is Gone, hmm?). Liczy się, że oba grają "rockowo", no i do tego są z Nowego Jorku: proste. Skojarzenie omawianego tu zespołu z hype'm to oczywisty strzał kulą w płot. Umiarkowany rozgłos wokół ich debiutu to nie zasługa trendów (modą na co byłaby moda na The Walkmen?), image'u czy też koneksji rodzinnych. Ta płytka była zwyczajnie piekielnie dobra, ot. Rzadko zdarza się, by w Stanach nie było to wystarczające uzasadnienie sukcesu.

Pomimo, iż nazywanie zamieszania wokół bohaterów tej recenzji szumem byłoby przesadą, na Bows + Arrows oczekiwano, dumając nad dalszym kierunkiem rozwoju grupy. Można było obawiać się trwania zespołu przy ujmowaniu kompozycji głównie przez pryzmat fuzji charakterystycznego wokalu z nowatorsko zaaranżowanym pianinem, bez podejmowania prób udoskonalania schematu. Spekulacje sięgały również ewentualnego unowocześnienia fonii przez autorów Everyone..., co miałoby przybliżyć nowy album szerszej publiczności. Najlepszym rozwiązaniem wydaje się kompromis przedstawionych opcji, i tym torem właśnie The Walkmen się udali. Stwarzając okazję do kolejnej dysputy: czy rzeczywiście wybrano najmądrzej?

Faktem niewątpliwym jest wykreowanie na Bows + Arrows bardziej profesjonalnego formatu brzmień. Debiut zespołu charakteryzował się uciekaniem dźwięku, jego bezpowrotnym uchodzeniem w przestrzeń. Nowy krążek w dużej części zamknięto (dajmy na to) w bańce, od której ścian odbijają się wszelkie fale, przebywając wyznaczoną drogę po raz drugi. Prowadzi to do większej precyzji oraz szerszego kontaktu na liniach między samymi instrumentami (obecnie często przenikają się), jak i na linii słuchawka – ucho. Zmiany najdobitniej dają o sobie znać w rozwichrzonym manifeście "The Rat", utworze zresztą kontrowersyjnym. Z początku łatwo tu popaść w euforię – wyśmienita rozległość zgiełku skumulowana z szalejem perkmana i tak nie dorównują poczynaniom wokalnym Hamiltona Leithausera (z którym, przypominam, Michał przeprowadził półtora roku temu wywiad). Po chwili zastanowienia nadchodzi refleksja, że przeprowadzony rozmach, choć owszem interesujący, nie ma logicznego uzasadnienia, a motywy "The Rat" wcale na niego nie zasługują. Z każdym przesłuchaniem utwierdzam się w przekonaniu, że próbowano mnie oszukać mówiąc "człowieniu, oto nasz najlepszy kawałek!". A to przecież nieprawda.

To jedyny taki przypadek na krążku; poza nim w materii szczerości kapeli wszystko po staremu. I nie tylko tu niemal brak zmian – w dalszym ciągu określoną partię utworów cechuje zbytnie podobieństwo. Jego źródłem są tożsame środki wyrazu: wysokie gitary, snujące się mgiełki klawiszy, no i oscylujące na granicy fałszu zaciągnięcia głosu Leithausera. Te ostatnie nie raz potrafią stanowić higlighty kawałka, o czym wokalista doskonale zdaje sobie sprawę, stosując ów manewr jeszcze częściej i jeszcze skuteczniej niż na Everything... Uciekanie się do takich sposobów świadczy o niczym innym, jak o trudnościach songwriterskich. Poświadczyć tej tezie może już opener, "What's In It For Me". Co prawda udzielam rozgrzeszenia, albowiem znów wkracza timbre Hamiltona, sączący (między innymi) linijkę "We're counting on you-u" z namaszczeniem tak chwytliwym, że przez głowę przepływa migawka głosząca nikogo innego a Phila Elvruma. Niby zupełnie inna konkurencja, a jednak słowo daję – za każdym razem w odpowiednim momencie wraca mi ochota na popatrzenie z oddali na to czy inne dzieło Microphones.

Już trzeciego na krążku "No Christmas While I'm Talking" nie da się potraktować równie pobłażliwie. Pomimo, iż znów budzi "miłe" skojarzenia – statycznie wynurzający się spod powierzchni oceanu wstęp przywołuje pierwsze sekundy debiutu zespołu – poza nimi trudno zaczepić o coś narząd słuchu. Raczej z plumkaniami wiosła mamy do czynienia również w leniwym "138th Street". Przykro mi to mówić, ale jeśli wcześniej nie mieliśmy pojęcia jak wyglądają wypełniacze Walkmen, to obecnie ta wiedza została nam udzielona. Na szczęście to nie jedyna strona pedagogicznego atrybutu Bows + Arrows. Od spotkania z ósmym na albumie "Hang On, Siobhan" dopisujemy do listy inspiracji zespołu (patrz: wywiad) Toma Waitsa. Utwór nagrano o 3:30 w nocy (co potwierdza tekst) i owszem przewija się tu subtelna doza senności. Senności aczkolwiek zamierzonej i bezpiecznie odległej tej generowanej przez nudę. Piosenka może stanowić udane ostatnie 3 minuty i 45 sekund zagonionej aktywności długiego dnia, wodząc melodyjką i pacnięciami pianina prosto pod wrota Morfeusza.

Również potrzebujący przebudzenia znajdą tu coś dla siebie. Najpierw w "Little House Of Savages" wprowadzani jesteśmy sekundami zarchaizowanych klawiszy, które znienacka miażdży lawina twardej mazi basu, działań jak zwykle poszukującego nowatorstwa perkmana oraz cnotliwych zaciągnięć wioseł. Co dalej? Może nie będę się silił na opisywanie, by zająć się jeszcze najlepszym w zestawie, przedostatnim "Thinking Of A Dream I Had". Koncepcją na ten kawałek jest konfrontacja nastroszonego zgiełku ze słodkawymi (ale w akceptowalnych granicach) wstawkami linijek "They'll be allright" i "Don't leave me alone". Pasjonujący pojedynek obu frakcji podsyca zza garów nieustępliwy Matt Barrick. Repeat, repeat, repeat! I choć ten chwalebny przycisk nie ma na Bows + Arrows tak szerokiego zastosowania, jakie by się marzyło, a ponadto zwłaszcza w stosunku do albumu jako całości jest ono mniejsze niż przy Everything..., to, wiecie co... Ta płytka potwierdza zasadność zwycięstwa The Walkmen w batalii o uznanie. Głupio mi sprowadzać album do jakości kompozycji, ale jeśli (niekiedy) coś tu zawadza, to tylko one.

Jędrzej Michalak    
15 marca 2004
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Indie
Car Seat HeadrestTwin Fantasy