RECENZJE

Violens
Embrace

2011, self-released 8.1

"Jeśli nie dziś, to kiedy, jeśli nie kto, to Bolt". Jorge Elbrecht, z pochodzenia kostarykańczyk, absolwent Uniwersytetu Columbia i "w sumie to dobra morda" od kilku lat gdzieś na marginesach podpowiadał, że właściwie to jest songwriterem wybitnym, że sam ma do powiedzenia więcej niż cała scena gitarowa, na dodatek zdarzyło mu się zaspokajać moje fetysze oglądania estetycznych dziewczyn w koszulkach Burzum, napisać singla dekady i osiągnąć przy tym właściwie zerowy fejm na dzielni. Embrace stanowi zwieńczenie cyklu wydawanych co miesiąc singli, jednak skompilowana inaczej niż wskazywałaby kolejność ukazywania utworów tracklista, oddzielna okładka oraz tytuł nadany zbiorkowi każą traktować go na zasadzie regularnego LP, jak Person Pitch, choć sam zespół swoim drugim albumem nazywa płytę planowaną na lato 2012. Należy oddać sprawiedliwość, że Iddo Arad i Myles Matheny (ha!) nie spełniają bynajmniej w zespole roli marginalnej, by wspomnieć choćby zasuwające na wariackim basie "Doomed" czy pojawiające się wszędzie synthy, pianina i organy, za które teoretycznie nikt konkretny nie odpowiada, bo choć nominalnie klawiszowcem jest Arad, to zespół gra w konfiguracjach które im aktualnie się podobają, bez stałego perkusisty zresztą. Ubaw po pachy. Faktem jest jednak, że mózgiem operacji jest wspomniany już wyżej chłopaczyna, którego w głównej mierze inspirują, cytuję: "descriptions of nightmares, the passing of time, speculations on spiritual messages, accounts of hallucinations". Może trochę na wyrost prześledzmy zatem, kto zacz.

Jest więc Elbrecht autorem lub współautorem m.in. deathmetalowego "Dethroning The Optimyth", neworderowego dicho "I.C.U", mccartneyowskiego walczyka "Cement To Stone", mccartneyowskiego walczyka granego przez Grizzly Bear ("Could you stand to know?"), galopady w stylu Iron Maiden ("The Advancing Flags"), klisz z ofmontrealowych klisz ("Metal On A Gun"), punkowej, niemal dezerterowej naparzanki ("An Uncut Diamond"), ambientowego instrumentala przywołującego ducha trylogii berlińskiej ("Amoral"), skrzyżowania XTC i Elephant Six ("Dividing Island"), nietypowo dla nich surowego "Trance Like Turn" w wersji singlowej i nietypowej dla nich pulsującej kołysanki "Trance Like Turn" z Amoral, totalnie mansunowego (gitara kopiuj-wklej z "Six" plus wszechobecne odniesienia prog-rockowe) "It Couldn't Be Perceived", czy być może najbardziej niesamowitego dla nudnych teoretyków wyczynu Sginned, którego nie podejmuję się nawet opisywać, bo przydałby się oddzielny, duży artykuł, a i o "A Line You Can Cross" nie jestem w stanie napisać wiele więcej niż Borys tu. Ten pobieżny przegląd sugerowałby pewną twardość brzmienia, i choć ciężko traktować Amoral jako płytę prawdziwie punkową, to jednak z perspektywy czasu uwydatniona sekcja rytmiczna (choćby w "The Dawn Of Your Hapiness Is Rising", swoją drogą, linia basu jest tam wręcz pomnikowa) w dużym stopniu określiła ostateczny charakter tamtego albumu. Na Embrace wszystko jest jednak poddane obróbce niemal chillwave'owej, stłumionej i uwydatniającej raczej piękno harmonii wokalnych, bo w przeciwieństwie do większości przedstawicieli zapomnianego i w sumie nie bardzo istotnego nurtu Elbrecht nie traktuje "glo-fi" jako metody kompozycyjnej, tylko jako rodzaj wrażliwości brzmieniowej. Czyli wszystko na swoim miejscu.

"Top Of The Mountain" zaczyna płytę organami jakie poznaliśmy już w "Violent Sensation Descends" i faktycznie, z perspektywy czasu piosenka maja, z trochę niechlujnym zawiązywaniem się akcji idealnie pasuje na otwarcie zestawu, ale gdy już akcja się zawiązuje, to jest ultracięzki kaliber z cyklu Sunflower. Każdy kolejny utwór to bezbłędny cios, wykazujący głębokie zrozumienie róznorodnych tradycji i gruntowne osłuchanie, ukazujący bezbłędny kompozytorski warsztat i wykonawczą perfekcję. Mamy więc odwołania do Smiths w "Something Falling", Prefab Sprout (riff z "Golden Calf" w "No Look On Your Face"), doszlifowane na brylant shoegaze'ujące indie "Be Still", unoszący się nad wszystkim duch Beach Boys i studyjnych, soft-rockowych klasyków – wszystko to jednak ginie nieco w obliczu paraliżującego, perfekcyjnego i niemożliwego do zdarcia "When To Let Go". Wszystkie moje marzenia o piosence perfekcyjnej spotykają się w tym tracku, i to właściwie na przestrzeni półtorej minuty, jest tam po prostu za dużo dobrego nawet na całe albumy. Nieważne, czy kogoś zachwyca to, że jest to niemal jakaś symfonia pastoralna (co doskonale ukazuje "vocal mix", druga strona singla), czy przeurocza aliteracja w interpretacji "to deliver bruises groans and cries", czy krystaliczne ukłucie każdej, dosłownie każdej linijki eksplodującej nieskończoną melodyczną treścią, nie wierzę, że podobny wyczyn się jeszcze im uda, szczerze to wątpię, żeby komukolwiek się udał.

Skala odczuć, nastrojów i zastosowanych patentów aranżacyjnych każe dla higieny umysłu odrzucić kategorie "siódemek", "siedem-i-półek", "ósemek" czy "dziesiątek". Pozostawiona samej sobie sieć urywanej gitary w "Through The Window" zastyga gdzieś w połowie, niesiona jak w każdym utworze drobiazgowym, nienagannym opracowaniem wokalnym, nieskazitelne "Spirit" wwierca się w głowę przejmująco przesterowanym riffem gitary gdzieś z zaświatów, a "Every Melting Degree" za sprawą surowego bębnienia w mostku i charakterystycznej sekwencji power chordów właściwie mogłoby się znależć na Amoral, gdyby nie szklisty, fenderowy sound w zwrotkach, tak bardzo dla brzmienia Embrace symptomatyczny.

Pozwolę sobie sparafrazować emo-krytykę Anny Bojarskiej odnoszacą się do Michała Choromańskiego: albo pomyłką jest kilka lat mojego słuchania muzyki, albo mój mózg, serce i dusza (no co, to tylko parafraza) nadają się na wyrzucenie na śmietnik – albo Jorge Elbrecht jest póki co nierozpoznanym geniuszem o erudycji, która być może zaprzecza jakiejkolwiek możliwości przyszłych kompozytorskich klęsk. O skali zjawiska z pewnością zadecyduje szykowane na przyszły rok LP, a zwłaszcza jego recepcja, bo co do tego, że jak przeczuwał Piotrek Kowalczyk (ponad 3 lata temu!) Violens stali się "duzi", nie mam najmniejszych wątpliwości.

Łukasz Łachecki    
17 listopada 2011
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie