RECENZJE

Violens
Amoral

2010, Rough Trade 7.3

JB: Szanowni Zgromadzeni, Najwyższa Komisjo!

Pragniemy zabrać głos w palącej sprawie, która wzbudziła już dość kontrowersji i niepotrzebnego nikomu szemrania, w co bardziej, że pozwolę sobie na takie określenie, liberalnych środowiskach. Otóż, Najwyższa Komisjo, niepokoi nas złagodzenie kursu, obranego onegdaj przez Ojców Założycieli naszego flagowego organu wydawniczego. Oczywiście, zdajemy sobie sprawę, iż powodzenie naszej misji zależy w dużej mierze od ogólnodostępności i przystępności prezentowanych postulatów i idei (wszyscy pamiętamy hasło: "Porcys pod każdą strzechą"), nie możemy jednak dopuścić do sytuacji, w której odwilż staje się statusem quo a wrogie środowiska, Najwyższa Komisjo, plwają nam w twarz posądzeniami o serwilizm wobec muzyki całkowicie bezideowej.

Najwyższa Komisjo, uważamy, że doskonałą okazją do przypomnienia o żelaznej ręce naszego organu będzie stanowczy i jednomyślny głos w sprawie ostatniej płyty Violens, która symbolizuje, poniekąd, ogrom przemian jakie zaszły, wierzymy że tymczasowo, w linii ideowej naszej oficyny. Zanim jednak zaczniemy zgłębiać walory estetyczne wydawnictwa, zatrzymajmy się, Szanowni Towarzysze, przy obrzydliwym tytule tegoż wydawnictwa. Kto mógł dopuścić do wydania albumu muzycznego o tak deprawującym tytule (ze względu na zgromadzone tu delegatki nie przytoczę)?! Żądamy nazwisk i pociągnięcia do odpowiedzialności! W warstwie muzycznej zaś, że pozwolę sobie na takie obrazowe określenie, doszło do totalnego rozmiękczenia materiału. Czy szanowni delegaci pamiętają "Violent Sensation Descends", które, niczym łany zboża w kieleckim, przypominały o krzepkiej ludowości okresu gomułkowskiego? Ku naszemu największemu ubolewaniu nie odnajdziemy więcej takich wartościowych nawiązań na wymienionej płycie. Czy, Najwyższa Komisjo, naprawdę potrzebowaliśmy rozpuszczenia "Trance-Like Turn" w malinowym syropie Lansing-Dreiden? Leipzig-Dresden? Tak, to byśmy zrozumieli! Aczkolwiek obawiamy się, że przywołana formacja niewiele ma wspólnego z naszymi ideowymi braćmi zza Nysy Łużyckiej.

Szanowna Komisjo, nie będziemy postulować wycofania płyty Violens z obiegu - rozumiemy, że tamte czasy bezpowrotnie minęły, a poza tym, nawet jako zadeklarowani Puławianie, musimy zauważyć na wyżej wymienionym albumie pewne oznaki prawdziwej, tak bardzo dzisiaj potrzebnej, sztuki. Po pierwsze, eleganckie nawiązania do zespołu Kowalscy, co stanowi sympatyczny gest w stronę ludu pracującego miast i wsi. Posłuchajmy, jednoznacznie optymistycznego "The Dawn Of Your Happiness Is Rising" – piękny tytuł, a i sama melodia wchodzi w ucho, jak nie przymierzając, pług w czarnoziem. Chcemy takich piosenek! Potrzebujemy takich piosenek! Porusza także skierowany do obywateli państw kapitalistycznych manifest "Are You Still In The Illusion?", gdzie zespół wspiera ludowa orkiestra dęta z Biłgoraju. Godne pochwały. Może nawet odznaczenia. Nie jest to więc wydawnictwo jednoznacznie złe, wręcz przeciwnie – zapewne jest ono bardzo dobre, ale Szanowni Delegaci, pamiętajmy: solidny chleb razowy krzepi lepiej niż jakieś tam greckie katharsis!

ŁK: Zespół będący jedną z najskuteczniej dochowanych tajemnic ezoterycznej grupy popowych snobów nagrał w końcu, po latach, długogrający album. Skoro już jestem zmuszony uwierzyć w to, że istnieje longplay Violens, to już równie dobrze mogę uwierzyć, że jest zupełnie rewelacyjny. To ostatnie ułatwia mi fakt, że Amoral w dużej części brzmi jak muzyka moich marzeń. Tego albumu słucha się trochę jak Of Montreal z okresu, kiedy Kevin Barnes potrafił jeszcze pisać dobre piosenki, albo Super Furry Animals z okresu świetności – wykonawców, których przytłaczająca ilość pomysłów nie powinna zmieścić się w popowy formacie, ale którzy jednak ten pop postanowili tworzyć, wypełniając piosenki tyloma detalami, że niemal eksplodują. Trochę pretensjonalny promocyjny tekścik głosi: "Their music imagines a place where The Zombies & The Byrds meet Wire & The Violent Femmes, and Crass meets Angelo Badalamenti & Prefab Sprout". Oczywiście to przesada, ale w jakiś sposób oddaje artystowskie zacięcie Violens i fakt, że to muzyka tworzona przez hobbystów-maniaków, dla innych hobbystów-maniaków. Ci goście nie ukrywają, że ich domowe płytoteki są bogate i jestem przekonany, że dla wielu krytyków i fanatyków, Amoral stanie się totemem i katalizatorem inwencji w tworzeniu porównań ("Full Collision"? Nasycone barwami Smiths , trochę Aztec Camera może!). Poniżej osiem nie zejdę.

RP: Violens nie zawiedli. Z kliszy na kliszę: mamy tu być może do czynienia z tzw. nową elegancją – w tamtej dekadzie krój wyznaczył Interpol, w tej może wyznaczyć Violens i byłby to sposób na granie pozostawiający dużo więcej miejsca na wyobraźnię dla projektów podchwytujących. Może się tak jednak nie stać, bo Violens wydaje się z drugiej strony propozycją oddaloną od tego co teraz "się gra". Się ma zamiłowanie do cienia post-punka, zdumiewająco kreatywnie podprowadzonego czynnika The Smiths, szczypty nieco Of Montrealowego 60 (przysięgam – pomyślcie tak o tym). Gdyby ta szczypta była większa, miałbym w ogóle do czynienia z jednym z wariantów muzyki pisanej specjalnie pode mnie, ale aż tak kolorowo nie jest. Jest pochmurno, jak w impresji Amoral, jakby wziętej z Low Bowiego (naprawdę). Po raz pierwszy zdarzają mi się wyrzuty sumienia z powodu zaniedbania płyty, bo właśnie Amoral z przyczyn niezależnych zaniedbuję, bo deadline. Nie zasługuje na to – jest kapitalna, skończona, trafna.

RG: Odbiór Amoral totalnie mi się rozjeżdża. Jestem w stanie zostać wyznawcą zespołu, krzyczeć i machać rękami przed każdym, by wyczaił, a nawet dumnie wydymać usta przed nieuświadomionymi. "The Dawn of Your Happiness Is Rising", wejście "Full Collision", refren "It Couldn't Be Perceived" są fragmentami, które przypominają czas, kiedy płyty z gitarami i z po prostu świetnymi piosenkami wystrzeliwały prawie codziennie (no kaman, wyobraź sobie, że teraz wychodzi Make Up The Breakdown). Z drugiej gdzieś w połowie płyty pojawia się leciutkie wyczerpanie formuły i znakomite fragmenty zaczynają się bić ze słabymi piosenkami, przypominającymi te ze smętnych płyt jakie były hajpowane pół dekady temu na stronach zachłyśniętych muzyką z Wysp. Przez to odbiór Amoral może być podszyty lekkim cynizmem i dystansem, ale tylko słabiaki wykazują takie tendencje – na tej płycie pojawia się czysty kosmos i on ma przewagę!

Jan Błaszczak     Radek Pulkowski     Łukasz Konatowicz     Ryszard Gawroński    
4 października 2010
BIEŻĄCE
AFK & BludworkLoyalty N Service (EP)
Burial"Claustro"