RECENZJE

Vinyl Williams
Opal

2018, Requiem Pour Un Twister 7.8

Nie sposób obejść obojętnie to całe społeczne szaleństwo związane z retromanią, o którym napomknął Mamoń w Rejsie, o jakim pisze Reynolds i o którym zaraz napiszę ja. Powodów można doszukiwać się na wielu płaszczyznach: w czysto psychologicznej reminiscencji, w braku wiary w przyszłość, w nieustającej modzie na nostalgię, w neurologicznie uwielbianej przez nasze mózgi powtarzalności czy w tym całym mitologizowaniu tworów kulturowych, które miały szczęście powstać w momencie najprzyjemniejszych lub najbardziej beztroskich chwil naszego życia. Mnie niestety ominęła przyjemność bycia nastolatką w pięknych czasach pożyczania sobie wzajemnie VHS-ów, nieistnienia mp3, zabawy z ołówkami, nagrywania audycji radiowych i tak dalej, niemniej jednak uwikłana jestem – w nie mniejszym stopniu niż moi nieco starsi redakcyjni koledzy – w ten cały ejtisowy i jeszcze wcześniejszy muzyczny zeitgeist. Nurzając się w tej retro stylistyce, otaczając się wczesnymi Floydami, przytulając się do Ariela Pinka albo Jorge'a Elbrechta, balansując dziwacznie na granicy dream popu i psych rocka, by stwierdzić po chwili: "I don't need drugs with this" – niech się wzniosę i spadnę – za Vinylem Williamsem, moi drodzy, za jego najlepszą, najbardziej epicką płytą w karierze, która jest możliwa, choć zupełnie nieprawdopodobna.

Niepodobna by pośród tych wszystkich abstrakcyjnych faktur i dźwiękowych (ale i wizualnych) pejzaży nie doszukiwać się pewnego intelektualnego sznytu; choć nie naciskam, można kochać się w tej płycie i bez niego. W "Aphelion" Vinyl rozciąga delikatność swojego głosu, zapraszając odbiorców w sposób nienachalny – "take a careful step into the incomprehensible, if you wish". Chodź. Nie stój. Połóż się. Psychodelicznie się pomnóż. "Allow your brain the free design to open up the inner etheric mind" ("Noumena"). Jeżeli czuliście się kiedykolwiek niechciani, niekochani, ogółem na nie lub echem – na Opal was nikt nie ocenia, waszego (wymyślonego przez was niesłusznie) spierdolenia, w tej nieszkodliwej, sztucznie wyrośniętej z artystycznej komuny stworzonej z konglomeratu archetypów romantycznych i delikatności przenikającej – właśnie tak – aż do samych kości. Chodzi mi o to, że wszystko w tej płycie jest takie pierwsze, nieskażone, bezpieczne. Eskapizm, którego konsekwencją jest zrozumienie i spokój.

Lionel stworzył Opal za pomocą VHS-owej kamery (!) (studiował Visual Arts w Los Angeles), magnetofonu i analogowych syntezatorów, po czym poddał całość cyfrowej obróbce, a efekt jest jak najbardziej domowy, w najlepszym możliwym tego słowa znaczeniu. "Sanctuary Spells" otwiera płytę klawiszami uwiecznionymi jakby na prześwietlonym zdjęciu, łaskocze migoczącą rewią syntezatorów i daje zapowiedź upstrzonej jakimś trudno uchwytnym hipsteryzmem płyty stricte dream popowej, by zaraz "Noumeną" wpaść po kolana w typowy – mniej lub bardziej – przykład psych-rocka. W ciekawy sposób graniczą te dwa gatunki przez całą płytę, przywodząc na myśl wymiennie chociażby Violens i Pink Floydów sprzed okresu ich totalnej mitologizacji z końcówki lat 60. "Lansing" to słodkość i namacalny dowód na eskapizm, o którym napomknęłam ("I wanna be thrown back to nowhere"), w chwiejnie basowej aranżacji. "Aphelion" jest machaniem nam przed nosem papierkiem ze studiów Vinyla – rozmydlony hipermaksymalistyczny trip (z możliwością wykręcenia sobie szyi o 360 stopni) po jakimś fluorescencyjnym sanktuarium kojarzącym mi się głównie z egzotyczną lokalizacją w World of Warcraft albo najfajniejszym acidowym tripem, którego nie przeżyłam, bo dorastanie miałam głupie.

"Florian Veridiction" to realne realm of pure pleasure, o jakim pisał Larry Fitzmaurice myśląc o tej płycie; prog-rockowy wątek w "Nether Congrenes", odsyłający mimochodem gdzieś do Yes lub King Crimson, i ta nieprawdopodobna melodyjka w "None With Other", z tym mostkiem, z tym nieparzystym metrum od 1:42!!! A ja się pytam, dlaczego nikt nie dyskutuje o tym szaleństwie? Dobrze, zrobiłam podręcznikową przebieżkę po highlightach z Opal [(7/10) i jednocześnie chciałabym podkreślić, że naprawdę ciężko znaleźć "słaby" moment w całości; uznajmy, że przy tych trzech, ja omdlałam w bezwstydnym, nawet jak na mnie, przemodleniu nad tą płytą], czy muszę tłumaczyć dalej to opalowe objawienie? Czy muszę tłumaczyć, że mi się nie śnisz, bo mi się po prostu nic nigdy nie śni? Nie muszę.

Skończyły mi się pstrokate słowa do opisu tej płyty i kawa bez mleka, możecie olać tę płytę, tak jak większość środowiska to chyba niestety zrobiła, ale przysięgam, nie warto. Ja też czasem skręcam jointa i go wyrzucam przez balkon, myśląc sobie "jebać go", a potem zawsze żałuję. Nie róbcie sobie tego, tej płycie tego nie róbcie. Dobra płyta? Dobra to jest aspirynka na przeziębienie wywołane kupowaniem za dużych ilości nabiału w supermarkecie – ta płyta jest f a n t a s t y c z n a (pot. «nadzwyczajna, wspaniała», nie pot. «będąca nierealnym wytworem wyobraźni»). Dalej wolicie Elbrechta? Nie stawiam wam żadnego ultimatum, ale w tym roku – think it over again.

Adela Kiszka    
14 sierpnia 2018
BIEŻĄCE
Ross From FriendsFamily Portrait
NecksBody