RECENZJE

Vince Staples
Summertime '06

2015, Def Jam 8.0

W 2011 roku, po premierze Goblin, słuchałem Odd Future na okrągło, sprawdzałem niemal każdy projekt, który znalazł się w orbicie kolektywu: Pyramid Vritra, Jet Age of Tomorrow, Nostalgia, ULTRA. Na nasiadówach puszczałem klip do "EARL", darłem mordę do "GunSounds" Mellowhype i rozmyślałem o ewolucji research chemicals przy "Cocaine" The Internet. Było tego na tyle dużo, że zupełnie przegapiłem Shyne Coldchain Pt. 1, pierwszy mixtape Vince’a Staplesa; niespełna 18-letni łeb na papierze wydawał mi się po prostu aspirującym koleżką Earla. Nie będąc nawet członkiem kolektywu, znajdował się na peryferiach moich zainteresowań, choć z dzisiejszej perspektywy widać, że już na debiucie prezentował poziom, na który trzeba było zwrócić uwagę.

Dziś Odd Future należy uznać za przeszłość – każdy ze starej ekipy rozwinął się w swoim kierunku i w 2015 większość z nich powróciła z nowym materiałem: od grającego alternatywny, duszny, ambientoidalny dark-rap Earla przez składającego hołdy Pharrellowi Tylera po zapowiadającego nowy album arcygwiazdora mainstreamowego r’n’b Franka Oceana. Shit changes. Dzień przed premierą długogrającego debiutu Staplesa wyszła płyta The Internet – symboliczna zbieżność, zważywszy na fakt, że to w domowym studiu Syd Tha Kid powstawały pierwsze ważne nagrywki reprezentanta Long Beach. Tam też Vince poznał Michaela Uzowuru, producenta swojego drugiego po Shyne Coldchain mixtape’u – Winter In Prague. Po dodaniu do tego nagranego przy współpracy z Makiem Millerem Stolen Youth i gościnnych zwrotek kradnących show gospodarzom, ze słynnym udziałem w "Hive" Earla na czele, zbierze się sporo materiału, który usprawiedliwiałby narastający wokół Staplesa buzz.

Kluczowym dla rapera momentem było jednak odnalezienie producenta, który wszystkie jego zalety – dosadne delivery, tekściarską surowość, umiejętność napisania prostego, zapadającego w pamięć refrenu – podkreśliłby adekwatną i spójną oprawą muzyczną. Padło na No I.D., mentora Kanye i Commona, który w ostatnich latach ewidentnie szukał kogoś, kto mógłby potwierdzić jego status. Będąc nieco na uboczu zjawisk współcześnie rządzących rapowym obliczem Chiraq, Wilson stał się kimś w rodzaju honorowego wiceojca chrzestnego – współrządził w Def Jam, znajdował się w rozrośniętych ponad wszelką miarę creditsach do produkcji na Yeezusie czy Magna Carta Holy Grail, ale jeśli chodzi o samodzielnie wyprodukowane single, to ostatnie lata nie były dla niego szczególnie okazałe.

Druga część Shyne Coldchain i oficjalny debiut, EP Hell Can Wait, zarysowywały mniej więcej kształt, jaki miała przybrać współpraca między artystami, określały kierunek brzmieniowych eksperymentów. Każde z tych wydawnictw to czołówka roku - i choć przed Summertime ‘06 pojawiały się głosy, że powierzenie większości produkcji na dwupłytowym materiale staremu mistrzowi może okazać się strzałem w kolano dla błyskotliwego newcomera, No I.D. nie tylko udźwignął ciężar epickiego, wyczekiwanego debiutu, ale i poszedł krok dalej, nagrywając płytę brzmiącą jak najbardziej nowocześnie i świeżo, a jednocześnie niemal w ogóle nieoglądającą się na mainstreamowe trendy. Praktycznie nie uświadczycie tu trapu – jest za to klimat, który od biedy można uznać za wypadkową między ATLiens a Hell Hath No Fury , są też buzujące basy, charakterystyczne klapy, orientalizujące bębny, potężne werble i stopa, nostalgiczne detale. Od prawdziwej klasyki rapu w "Lift Me Up" (bez wstydu odnalazłby się na trackliście większości rapowych klasyków, z drugiej strony ma więcej mocy niż tegoroczne "All Day" Kanye), przez gitarowe zawodzenie Steve’a Wyremana w "3230", wzniosłe interludium "Might Be Wrong" i barowe pianinko Delvyna Brumfielda z "C.N.B” po koronkową aranżację "Like It Is" obcujemy z produkcyjnym majstersztykiem, odsłaniającym nowe szczegóły przy każdym kolejnym odsłuchu i nieporównywalnym do niczego innego na obecnej scenie. Wilsona wspiera w kilku utworach genialny DJ Dahi (znany m.in. z bitów do "Money Trees" czy "Worst Behaviour"), świetnie wpasowują się tu również trzy produkcje Clamsa Casino. W tym kotle nawet sampel z Czesława Niemena (!) w "Jump Of The Roof" pasuje jak szyty na miarę. Pozostaje tylko tkać historyjkę.

Gdy skorzystacie z popularnych w amerykańskiej sieci map morderstw dla danego miasta, możecie przespacerować się wzdłuż ulic, o których nawija Staples na nowej płycie: miniecie Ramona Park, skręcicie parę przecznic, natkniecie się na znacznik o zabójstwie jednego, drugiego, piętnastego nastolatka zamordowanego w okolicy w ciągu kilku ostatnich miesięcy. Long Beach, w którym dorastał autor "Blue Suede", to jedno z najbardziej zróżnicowanych etnicznie miast w całych Stanach, i podobnie jak Compton, w którym również przyszło Staplesowi spędzić trochę czasu w dzieciństwie – jedno z najbardziej niebezpiecznych. Dzieciaki przyłączają się do ulicznych gangów od najmłodszych lat, a przynależność do jednego z nich jest jedną z pierwszych informacji, weryfikowanych przez tamtejszą policję po kolejnej strzelaninie. Gang related, gang related, gang related. 22 lata, 17, 13. "Breaking news: death’s less important when the Lakers lose".

Punktem wyjścia dla opowieści zawartej na Summertime ’06 jest tytułowe lato, kiedy 13-letni podówczas Staples musiał zacząć świadomie mierzyć się z zabójstwem nastoletniego przyjaciela, kolejnymi konfliktami z policją, biedą gett, rodziną zdewastowaną przez dilerski proceder starego i jego uzależnienie od cracku. Reminescencje z siódmej klasy ("Cut class cause it wasn’t ‘bout cash, school wasn’t no fun, couldn’t bring my gun") skonfrontowane z gangsterską niejednoznacznością, społecznymi intuicjami krytyków współczesnej Ameryki i próby ucieczki od moralizującego szablonu czy jednoznacznych ocen składają się na wciskający w fotel obraz dorastania w świecie pełnym klasowych i rasowych napięć, hymn dla konającego miasta. Zaskakujące, że wobec Summertime ’06 parę razy pojawił się zarzut braku detalu, nawarstwiających się obserwacji w stylu Kendricka, socjologicznej tezy wyłożonej explicite. Staples nie jest wybitnym narratorem w klasycznym sensie, raczej ze skrawków, dobrze napisanych linijek, porównań zanurzonego w popkulturze szczyla grającego w Pokemon z resztą trzynasto- i czternastolatków z 2N Crips, z wywiadów, audycji, mediów społecznościowych lepi wszechstronną opowiastkę. Pierwsza część płyty to poszukiwanie miłości – destrukcyjnej, uzależniającej, ocalającej – w z.Ł.Y.m mieście, z zamykającą balladą (sic!) "Summertime”. "I know somethings are better left unsaid and people left alone, pick up the phone, don’t leave me alone in this cruel, cruel world” – tak kończy się pierwsze CD. Ale świat jednak jest okrutny, a pod koniec dnia wszyscy jesteśmy martwi, i druga część albumu to już powrót na 3230 Poppy Street, na zgentryfikowany rewir, z którego nie ma ucieczki. Jeśli komuś za mało show (cała płyta oparta jest o powracający motyw oglądanego przez bogatych białasów spektaklu – co dobitnie pokazuje klip do "Senorita”), to niech zmieni kanał.

I tyle. Lato się kończy, młodość ucieka z miasta. Summertime ’06 to nie tyle pytania, diagnozy i odpowiedzi, co przede wszystkim intensywny, mocny bildungsroman o punkcie bez powrotu, o doświadczeniu formacyjnym, którego zaznaje każdy wchodzący w dorosłość ziomeczek, choć zazwyczaj nie potrafi przekuć tego w arcydzieło. Vince Staples w wieku 22 lat znalazł wszystko, dzięki czemu akurat to potrafił – nie tylko nagrał album, który można postawić obok Section.80 na półce z najlepszymi rapowymi debiutami dekady, ale i przy okazji dopracował na połysk swój osobny język, i to bez niepotrzebnego zerkania w stronę "lepszych” estetyk. Summertime ’06 to elektryzująca, w 100% rapowa i bezbłędna płyta na miarę bodaj najintensywniejszego roku dla tej muzyki w ostatnich latach.

Łukasz Łachecki    
11 lipca 2015
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie