RECENZJE
Viet Cong

Viet Cong
Viet Cong

2015, Jagjaguwar 6.8

Do bólu konsekwentnie rok w rok muzyczne mass media wbijają nam do głów, że zmaterializowała się na scenie zupełnie nowa, warta odnotowania kapela około–punkowa, której przeznaczone są czołowe miejsca w rocznych podsumowaniach. Ponoć świetne były kontestujące dziewczyny z Savages, ktoś jeszcze przebąknął coś tam na temat kwintetu z Leeds, a forsowanie Ought, jak się później okazało, również rąk nie brudzi. W 2015 na ekwiwalentne Pitchfork’s darlings nie przyszło nam czekać długo, toteż nieco po ponad trzech tygodniach stycznia Kanadyjczycy z Viet Cong śmiało mogą brać się za odkorkowywanie szampana – misja wykonana, sukces gwarantowany, produkt się sprzedał. A ja z przyjemnością podam im kolejną butelkę, bo nadzwyczaj cenię sobie innowacyjność i eklektyczność w obrębie martwych jak zimny trup gatunków.

Tam, gdzie mdli już od "uroborostycznych" wyspiarskich kolektywów, gdzie Eagulls nie sprostali pokładanym w nich nadziejom, gdzie męczy nachalny ejtisowy gotyk spod znaku Siouxsie Sioux i Murphy’ego – tam z pomocą nadciąga nie amerykańska, a o dziwo kanadyjska ofensywa. Dlatego z całej tej mojej krótkiej wyliczanki nowopowstałych zjawisk, wietnamskim partyzantom zdecydowanie najbliżej do pobratymców, kolegów po fachu ze stołecznego Montrealu. Jednak nie chodzi tu o zapędy stricte stylistyczne. To bardziej kwestia welcome packów serwowanych przez tamtejszy rząd wszystkim młodym, nieopierzonym muzycznym adeptom stawiającym na gitarocentryzm i wspólnie zrzeszonym pod rockistyczną banderą. Słychać, że wszyscy ci chłopcy zasłuchiwali się kiedyś w Sonic Youth i Velvet Underground czy beznadziejnie tęsknili za amerykańskim artyzmem Marquee Moon oraz zamykających tamtą dekadę Talking Heads. Gdzie więc dowód na tę zasadniczą brzmieniową różnicę, skoro tyle wspólnych mianowników i inspiracji? – zapytasz. Otóż panom z Ought ktoś najprawdopodobniej podprowadził całą dyskografię This Heat, zostawiając ich samopas jedynie z możliwością spreparowania zgrabnej syntezy dotychczasowych dokonań ascendentów. Viet Cong natomiast szuka rozwiązań nietypowych, eksperymentuje, stojąc gdzieś pomiędzy kanonicznymi ortodoksami, londyńskimi awangardowymi wizjonerami sprzed kilku linijek i komercyjnym sukcesem ikon post-punk revivalu. Gdzieś w połowie Viet Cong Interpol wykrwawił się na śmierć.

Jako projekt powstały na zgliszczach Women (głośnego newcomera z 2007 roku, rozwiązanego kilka lat późnej ze względu na niewyjaśnioną śmierć jednego z gitarzystów), kwartet zupełnie tak samo perfekcyjnie okiełznuje hałas i panuje nad nim, na zmianę tworząc i dekonstruując za jego pomocą chwytliwe melodie. Idąc dalej, pełnoprawnie debiutująca tą płytą czwórka z Calgary wciąż rozwija, choć w bardziej chaotyczny, dzikszy i mroczniejszy sposób, podjęte przy okazji zeszłorocznego Cassette (EP) tematy. Tuż obok potężnie industrialnych partii wywodzących się w prostej linii z dorobku Whitehouse i Throbbing Gristle znajdziemy wysunięte na pierwszy plan elementy półwiecznego psychodelicznego popu, rwanego po chwili dysonującą gitarową fakturą z rodowodem zagubionym w bajzlu garażowej piwnicy. A żeby było ciekawiej, dodajmy jeszcze do tej mikstury różnorodności jangle’owe historie Guided by Voices. Upust eklektyzmu przypada na dwa tryptyki – zbudowany z kilku niezależnych, nakładających się na siebie warstw "March of Progress" oraz bazujące na intensyfikacji i repetytywnej maksymalizacji przyjętego za oś utworu motywu przewodniego "Death". Za Viet Cong przemawia również długość oferowanego słuchaczowi materiału. Poprzedzająca LP kaseta (skompilowana ponoć jedynie z sesyjnych odrzutów) także liczyła siedem szczęśliwych indeksów. Maksimum treści, minimum naciągania i dłużyzn – nie grają na czas, najpewniej nie dogadaliby się z Włodzimierzem Smolarkiem.

Serce rośnie, gdy patrzy się na owoc dotychczas przebytej przez Viet Cong drogi. Songwriting spokojnie tak fresh, jak świeże są pomysły jednego z moich obecnych ulubieńców i cichych gitarowych nadziei, Dylana Baldiego. Nie wypada więc podsumować inaczej niż jawnym oznajmieniem, że oczywiście mniej drżę o kolejny, jeszcze lepszy album pesymistycznych poptymistów niż własną emeryturę.

Witold Tyczka    
5 lutego 2015
BIEŻĄCE
Fontaines D.C.Dogrel
Lana Del ReyNorman Fucking Rockwell!