RECENZJE

Venetian Snares
Winter In The Belly Of A Snake

2003, Planet Mu 6.6

Osoby o wątłych nerwach i nieprzyzwyczajone do słuchania rżnięcia świni z duszą Norwida prosimy o wyłączenie przeglądarki Microshitu. Nie czytać, nie dotykać. Nie słuchać.

To, co tworzy Aaron Funk, można delikatnie określić jako terror break w kategorii open. Oznacza to tworzenie muzyki o wielkim stopniu intensywności ocierającym się o nieznośność, przy jednoczesnym kontrolowaniu innowacyjności i odrębności swoich produkcji. Niewiele pomylę się, jeśli uznam go za robiącego obecnie najbardziej zaawansowane breaki na świecie, innym tematem jest natomiast to, że jego muzyka jest tak brutalna i bezwzględna, że mogłaby konkurować z Talibami i nie zawsze nadaje się do dobrowolnego kontaktu wynikającego z potrzeby.

Jego poprzednie płyty to takie swoiste połączenie industrialnych breaków spod znaku Panacea czy Alec Empire i Aphexa w swych najkwaśniejszych i najagresywniejszych produkcjach (Caustic Window). Pierwszy album nagrany we współpracy ze Speedranchem (amator eksplozji i wyznawca idei "głuchnę każdego dnia żeby narodzić się na nowo") to chyba największy terror-killer dźwiękowy, jaki kiedykolwiek powstał na tej planecie. Nigdy nie udało mi się wysłuchać za jednym razem nawet jego połowy (a trzeba tu jeszcze wspomnieć, że od sztywnego Merzbowa różni go bardzo wiele i naprawdę jest to muzyka, do której chce się od czasu do czasu powrócić). Później Venetian pokazał swoją duszę. Songs About My Cats to materiał melancholijny, z którego wyłania się obraz introwertycznego wrażliwca spełniającego się w zabawach z kotkami. Tak, tak, tymi kotkami.

Każda jego produkcja przynosi coś nowego. Jakby dla potwierdzenia właśnie tej tezy ukazała się płyta Winter In The Belly Of A Snake. Już sam tytuł świadczy, że temu panu się chyba jakoś nierówno chodzi w bamboszach. Jego muzyka jest dziwna, szczególnie na tym albumie, gdzie potężne, hardcorowe gabberowe zrywy są praktycznie nieobecne, a luki, które w ten sposób powstały, wypchane są właśnie chmurami venetianowego spleenu. Jest szaro, wyalienowanie i przebogato, zarówno aranżacyjnie, jak i brzmieniowo. Bogactwo nie ma tu jednak nic wspólnego z błyszczącym i przyjaznym środowiskiem dźwiękowym.

Venetian maluje plamami dark ambientu, dialogami wyrwanymi z kulminacyjnych filmowych scen, gwiżdże, śpiewa w manierze Ozzie Ossbourne'a, używa brzmień wiolonczeli i programuje gigabajty swoich ulubionych, misternie konstruowanych, rytmicznych ciągów. Jest w nich jakaś maniakalna determinacja, upodobanie do gigantomanii, bo perkusyjny obszar w jego twórczości przybiera rozmiary przepastnego katalogu produktów agencji "Hit Me!". Napiera wszelkimi rodzajami wirtualnych pałeczek i batogów we wszystko co popadnie i jak by mu było jeszcze tego mało, rozmazuje i wykręca każdego werbla z osobna. Jednocześnie multiplikuje, spotyka i nakłada na siebie patterny, tworząc jakieś nieprzebrane gąszcza digital-bębnienia. Jest mistrzem w budowaniu bardzo zakręconych jak makaron sekcji rytmicznych (polecam w tym temacie numerek "Banana Seat Girl" z jego ubiegłorocznego albumu Higgins Ultra Low Track Glue Funk Hits 1972-2006).

To, co daje się poczuć i zapamiętać z tej płyty, oprócz powyższych impresji, to smutek. Przygnębiający klimat długich paznokci, sexy Vampira, kocia fantazja i rozyebana na wszystkie strony elektronika. Powiem krótko: trudno w tym wszystkim się połapać. Powiem więcej: za to właśnie go podziwiam. Trudno polubić to wydanie Venetian Snares'a, jednak z pewnością łatwo czuć przed nim obawę i jak zwykle podziwiać produkcyjny kunszt.

21st Century Schizoid Man w akcji.

Krzysztof Zakrocki    
31 maja 2003
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie