RECENZJE

Vektor
Terminal Redux

2016, Earache 7.4

W tym roku ukazało się kilka metalowych albumów, które mogłyby mierzyć się z Terminal Redux, żaden z nich jednak nie dorównuje tej płycie rozmachem, prędkością i dziwacznym konceptem. Wiem, że progresywny thrash nie jest tym, co zajmuje was zazwyczaj. Poza chlubnymi wyjątkami, i to raczej starszej daty, ta etykieta nie gwarantuje jakości, kojarząc się z mydleniem uszu i łomotliwym biciem piany w szeregu średniozapamiętywalnych utworów (jeśli w ogóle z czymkolwiek). Gdybyśmy żyli w latach 80., być może takie stranger things jak Voivod, Rigor Mortis czy Megadeth cieszyłyby nas inaczej, tymczasem my tu dziś pamiętamy, że wtedy cieszył też papier toaletowy i ocet. Nic dziwnego, że wobec takiej dewaluacji zręcznego thrashu w kolektywnej poppamięci również Vektor budzić musi podejrzenia.

Nie będę teraz przekonywał do rewidowania opinii i zagłębienia się w komiksowym kosmosie ejtisowej thrash-progerki. Muzykę Vektor można docenić bez znajomości tego kontekstu. "Jak ktoś wie, o co chodzi, to zrozumie". Warto tylko zaznaczyć, że wpływ estetyki kanadyjskiego WOJEWODY jest tu wszechobecny, od sfery czysto konceptualnej zaczynając. Wyczuwalny jest też dyskretny urok Rust In Peace popularnej MEGAŚMIERCI (notabene: ten album był kiedyś poważnym kandydatem do naszej setki dekady). Jednak na Terminal Redux goście to przede wszystkim koty Schuldinera: Death albo śmierć. Nie mam na myśli tylko charakterystycznie napiętego wokalu, lecz raczej ilość wątków, które się tutaj pojawiają i łatwość przechodzenia od gitarowej galopady w rejony zgrabnego patosu przypominające nieco świetny The Sound Of Preseverance.

Od wydanego przed pięciu laty Outer Isolation nie tak wiele się w muzyce Vektor zmieniło. Kompozycje nadal odzwierciedlają konceptualną space-operę. Ich forma koresponduje z questem bohatera, mijamy płonące gwiezdne niszczyciele w konstelacji Oriona – z pewnością sprawa dla Roya Batty'ego. Fragmenty technicznego thrashu są w tej odsłonie odysei częściej niż poprzednio przetykane zaskakującymi urozmaiceniami, które rzeczywiście nadają kompozycjom widowiskowy, czasem niemal musicalowy charakter. Strategię wokalną stosowaną pod koniec openera, a rozwiniętą w opatrzonym blackalbumowym wstępem "Collapse", równie udanie realizował chyba tylko DHG na Supervillain Outcast. Ten norweski trop prowadzący w stronę Arcturus czy Ved Buens Ende ma być może większe znaczenie, niż to się na początku wydaje.

Prawdziwą rewolucję na polu zarządzania dźwiękiem poznać można dopiero, gdy zestawimy Terminal Redux z debiutem – albumem Black Future. Pomijając kwestie różnic produkcyjnych, od razu słychać, jaką wagę grupa przykłada teraz do wyśrubowanej precyzji brzmienia. Przy odsłuchu tak upakowanej porcji thrashu o zaostrzonym technicznym rygorze nasuwa się skojarzenie z uniwersum Krallice, stylistycznie odległym, lecz przecież w swej jaskrawej skrupulatności bliskim. W zespoleniu zębatek regulujących każdy riff i każde wielowarstwowe solo ze staroszkolną zabawą w maksymalistyczne narracje, które warunkują muzyczny przebieg, upatrywałbym sukcesu tej recepty. Długość albumu przenosi w minione czasy, kiedy sympatyczne zespoły typu Tool wykorzystywały pojemność płyty kompaktowej w opór (jak głosiła fama: z szacunku dla wyrobionych fanów), w przypadku Terminal Redux ten (uzasadniony zresztą wymogami narracyjnymi) zabieg nie wydaje się bardziej przesadzony niż inne aspekty albumu, który na podobnej redundancji się opiera i ciągle utrzymując wzorcową intensywność, odświeża właśnie świat nadmiernych metal-epopei na wariackich papierach.

Wawrzyn Kowalski    
9 grudnia 2016
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie