RECENZJE

Vampire Weekend
Vampire Weekend

2008, XL 5.4

W chwili gdy piszę te słowa kwestia oceny debiutu Vampire Weekend nadal pozostaje otwarta. Nie to, że jest to płyta pełna zakamarków interpretacyjnych i inszych intelektualnych sideł. Właściwie jest wprost przeciwnie. Dawno nie słuchałem bardziej ugładzonego i bezkolizyjnego w odbiorze gitarowego popu. Zaczynam wręcz sympatyzować z medialną mitologią roztaczaną wokół zespołu. Odwołania do beztroskiego collegowego życia, koszulki polo w pastelowych barwach i yacht rockowa wrażliwość bijąca z klipów i zdjęć promocyjnych zdają się być doskonałym dopełnieniem muzyki nowojorczyków. W istocie uśmiecha się ona do nas gładko ogolona i z przebojowo błyszczącymi zębami, co pośród twarzy wykrzywionych w buńczucznym grymasie i otulonych meszkiem kilkudniowego zarostu, wydaje mi się cnotą o wiele cenniejszą niż rzekoma egzotyka brzmienia. Jest więc z mojej strony wiele sympatii dla uroku osobistego tych młodzieńców i ich muzyki, nawet jeśli niewinność oraz ogłada to ledwie kolejna zapadka w wielkim mechanizmie promocji i lansowania. Miejcie to w pamięci, bo teraz podwijam mankiety i zabieram się do właściwego grzebania w bebechach.

Nie mam zamiaru nikogo przekonywać, że te piosenki nie są przebojowe, bo są i upieranie się, że jest inaczej uważam za elementarny brak dobrej woli. Co nie oznacza, że nie można im nic zarzucić. Problem zwizualizowałbym klasycznym chwytem z kreskówki. Otóż rozpędzony antagonista głównego bohatera rozpędza się, by staranować drzwi stojące między nimi. Górujący sprytem główny bohater otwierając owe drzwi w ostatnim momencie sprawia, że nacierający złoczyńca z impetem przelatuje przez dom, po czym wypada z hukiem przez drzwi tylnie, które dziwnym trafem zawsze znajdują się na tej samej osi co frontowe. Mówiąc prościej, piosenki te powszednieją równie szybko jak ujmują. Wyjątki stanowią mój ulubiony "Mansard Roof", legitymizujący się rzadkim chwytem polegającym na oparciu głównego hooka na motywie werbla oraz "Cape Cod Kwassa Kwassa", które jako jeden z nielicznych utworów na tej płycie ma solidne podstawy brzmieniowe do roszczenia sobie praw do miana wasala afro-popu. Honorable mention należy się "A-Punk" i "Campus" głównie za chwytliwą prostolinijność.

Reszta kawałków to może nie tyle historia wypaczeń i aberracji, co świadectwo pomniejszych grzeszków, które paradoksalnie sprowadzają się do wyżej wychwalanej lekkości i produkcyjnej słodyczy. Nie potrafię przełknąć przeraźliwie przesłodzonego refrenu "Oxford Coma" przez co uciekam się do niezbyt grzecznego skipownia. Działające w roli smaru ułatwiającego sprawne prześlizgniecie się muzyki przez kanały uszne do główki smyki i klawisze szybko zaczynają nużyć. Przypadkiem nie wydaje się być fakt, że ostatnio wróciłem do płyt Walkmen. O ile można uznać to za podprogowe oddziaływanie aranży Vampire Weekend, o tyle kawałki rodzaju "Bryn" już bez większego pardonu powołują się na barokowy pop Shins. W końcu przychodzi mi zmierzyć się z mitem afrykańskich inspiracji. To znaczy, owszem, nie da się ukryć tu i ówdzie ujawniających się symptomów afrykańskiej gorączki, raczej za sprawą brzmienia gitary aniżeli wysoko zaraźliwego bitu perkusji. Tyle, że nie wydaje się ona efektem wirusa przywiezionego wprost z czarnego lądu, ale jego łagodniejszego szczepu, z którym mieliśmy do czynienia na późniejszych płytkach Talking Heads czy Graceland Paula Simona.

Ostatnie słowo w kwestii oceny będzie miał zapewne czas, który z właściwą sobie bezwzględnością oddzieli ziarno od plew i nieśmiertelne hity od sezonowych podjarek. Temu przypisałbym sens pierwszego zdania, bo jeśli chodzi o mnie, to już dawno podjąłem decyzję.

Paweł Nowotarski    
14 marca 2008
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie