RECENZJE

U.S. Girls
In A Poem Unlimited

2018, 4AD 5.9

Zacznijmy od tego, że doskonale rozumiem systematyczny wzrost popularności U.S. Girls, hajp tegorocznego albumu i polityczno-muzyczne intencje przeświadczeń, że jest to płyta dla roku 2018 "ważna" i powinna znaleźć się w większości podsumowań rocznych. Nie przekonują mnie jednak ani zachwyty (o czym później), ani dość leniwe punkty odniesienia, które o muzyce tak przecież zakorzenionej w przeszłości, nie mówią prawie nic. A to właśnie ciążący nad In A Poem Unlimited duch przeszłości najwięcej mówi o pozytywnych reakcjach na najnowsze dziełko Remy.

Pomijając tak "płynne" i nie-do-udowodnienia/przegadania kwestie indywidualnych preferencji, jak np. całkiem udana, spójna strona estetyczna (mam na myśli zwłaszcza okładki), stronę polityczno-ideologiczną jej post-protest-songów, trzeba przyznać, że Meghan Remy ze swoim zachowawczym, ale jednak w koncepcie art-popowym, eksperymentalnym podejściem do historii poptymizmu, paradoksalnie, idealnie wpisuje się w skrywaną tęsknotę za klasyczną, mainstreamową piosenkowością. Kiedy pomyślę o *estetyce*, czy też metodzie (nie tylko produkcyjnej) Remy, pierwszym zespołem, jaki przychodzi mi do głowy, jest środkowe/późne Fleetwood Mac. I nie jest to tak przestrzelone porównanie jakby się na "pierwszy rzut ucha" mogło wydawać. Oczywiście, wszyscy doskonale znamy niedościgniony wkład perfekcjonistów Buckinghama/Nicks/McVie w historię popu. Wydaje mi się jednak, że na pewnym poziomie myślenia o muzyce, podobną filozofię wyznaje również i Remy, kiedy posługując się standardowymi schematami piosenek, dodaje od siebie różne studyjne sztuczki, komplikuje aranżacje, ale przede wszystkim dba o to, by każdy numer przywoływał echa innego odprysku szeroko pojętego popu (a więc i disco i funku i soft-rocka), a wszystko pędziło jak muzyka lat 70. która desperacko próbuje nadgonić nową epokę syntezatorowych, znacznie bardziej elektronicznych i technologicznie funkujących lat 80. Remy często łączy poptymistyczne odnośniki w formie disco, funku, popu lub soft-rocka z manierą wokalną przypominającą Kate Bush i – ze względu na produkcję – przypomina mi trochę angielską artystkę z okresu rozbuchanego produkcyjnie, syntetycznego Hounds Of Love.

Dobra, żeby nie być gołosłownym. Nie mam ochoty na wszywanie namecheckingu między zdania, a to przecież (co mogli zauważyć czytelnicy recki King Krule'a) moje ulubione hobby, więc dołączam notatki, które robiłem "na gorąco", podczas odsłuchu:

"Velvet 4 Sale" – funk z 70s + Kate Bush
"Rage Of Plastics" – sax z Pink Floyd, trochę "Money", shuffle/blues (1:09-1:12, no właśnie, czy tylko ja tam słyszę Buckinghama w wokalu??)
"M.A.H." – disco-Abba, Baccara – "Yes Sir I Can Boogie", Blondie
"Rosebud" – początek, sam nie wiem dlaczego (może to przez to spoken-word), to Vanessa Daou i elegancki 90s trip-hopowy jazz-pop (chyba mój ulubiony numer na płycie), a nawet jak sugeruje DJ Carpigiani – Dirty Projectors
"Incidental Boogie" – szorstki, techniczny, industrialny pop-rock (najmniej lubię)
"L-Over" – lata 60., ociężały, niezgrabny barok-pop przechodzi w wokal a la wczesna Kate Bush
"Pearly Gates" – ooo, i tu jest nawet ciekawie – Remy próbuje się zabawić w zabielone r'n'b z lat 00s a la Lilly Allen, trochę uboższa wersja Kelis
"Poem" – 90s Madonna? Britney? parafraza Gwen Stefani z No Doubt "It's My Life"
"Time" – toporny, beztreściowy jam pod koniec, ehhh , słuchałem "ledwo wstrzymując womit z marsem na skroni, na twarzy biały"

Może się wydawać, że przy takiej metodzie twórczej, jaką obrała Remy, droga do sukcesu i laurów na serwisie Porcys jest otwarta. Cóż, nie zawsze dobre intencje i "słuszne" inspiracje przekładają się na bezpośrednią, czysto emocjonalną radość z odbioru piosenek. Tak właśnie jest w tym przypadku. Bo choć bywa (rzadko, ale jednak) nośnie i przebojowo (jak specyficznie przebojowe może być "coś w podobie" art-popu), to większość numerów pozostawiało mnie z uczuciem ogromnego niedosytu – wprawdzie doceniałem wysiłek subtelnego inkrustowania formy piosenkowej, ale co mi po tym, skoro po jakimś czasie nie potrafiłem sobie przypomnieć, czego właściwie słuchałem. Chłodny, racjonalny odbiór In A Poem Unlimited, czysta analiza (co widać w powyższych notatkach) bawiła mnie wręcz bardziej niż intuicyjne "tupanie nóżką", a chyba nie do końca tego oczekuję od muzyki U.S. Girls – pewna doza spontanicznego odbierania utworów – nawet za cenę uproszczeń – jest dla mnie z wiekiem coraz ważniejsza, niezależnie od tego, za jak bardzo ideologicznego pop-analityka bym się wciąż nie uważał. Bezbarwność wynikająca z negatywnie pojmowanego wyrachowania usilnie skrywanego za parawanem rozbuchanych konstrukcji daje o sobie znać na In A Poem Unlimited zdecydowanie zbyt często. W dodatku, czasem miałem wrażenie, że wokal Remy wciąż prowadzi te same oklepane melodie i hooki z szufladki nieinwazyjnego radio-friendly, mimo że przecież aranżacje znacznie się od siebie różniły. Cóż, godny podziwu wysiłek poszedł na marne, bo – i tu należy wrócić do swoistej "retromanii" In A Poem Unlimited – różnica między kreatywną reinterpretacją przeszłości a jakąś formą zwyczajnego coverowania pod przykrywką "wyrazistych inspiracji", jest jednak znaczna w erze mniej lub bardziej świadomych instant-revivali (Bruno Mars? Marka Ronson?). Powinniśmy o tym szczególnie pamiętać (że się powtórzę: M.A.H. = demo-cover "Yes Sir I Can Boogie"), wystrzegać się i nie wpadać w łatwe samozadowolenie.

Narzekam i narzekam, a przecież przed U.S. Girls rozpościera się wielka, pitchforkowa (BNM zobowiązuje) kariera. Poszukiwanie idealnie politycznej, wygładzonej, "artsy" piosenkowości, która okazuje się być adult-contemporary dla muzycznych nerdów, całkiem nieźle uosabia się w postaci Remy. Pytanie, czy aż tak bardzo zaniżyliśmy swoje oczekiwania wobec "przemyślanego, erudycyjnego art-popu"? Ja rozumiem, że płyta roku może mieć obecnie przysłowiowe "6-7 z hakiem", ALE... Choć czasem zaczynam wątpić we wszystko, co nie jest ambientem lub rapem, to mój apetyt na chwytliwy, a zarazem angażujący poptymizm się nie zmienia. Cóż, być może to nie pora i czas, by szukać go akurat w tych retro-szufladkach. Stąd, przyznam, trochę naiwne, malkontenctwo. Zwyczajnie, bardzo mi smutno jak łatwo po raz kolejny zadowolić, sorry – czasem i zachwycić! – pozornie ogarniętą publikę i jeszcze bardziej pozornie ogarniętych recenzentów albumem, który jest po prostu solidny. O inspiracjach i tropach In A Poem Unlimited znacznie przyjemniej się czyta niż słucha.

Jakub Bugdol    
2 kwietnia 2018
BIEŻĄCE
Lista przebojów Carpigiani: Notowanie #19
TinasheJoyride