RECENZJE

Unknown Mortal Orchestra
Sex & Food

2018, Jagjaguwar 6.4

Słuchanie nowego albumu Unknown Mortal Orchestra nieco przypomina przegląd filmów Quentina Tarantino. Na początku nie za bardzo wiesz gdzie jesteś, ale z czasem wkraczasz w znajome ci terytoria. Jest rozlegle, nieco jazzowo, cały czas w napięciu. Zaskakująco po amerykańsku (członkowie zespołu są z Nowej Zelandii), a jednak momentami dość egzotycznie. Tak jak w drugiej części Kill Billa – pełno tu melancholii, ale zarazem czadu. Świadomie czerpiąc z tradycji, zespół całkiem umiejętnie przetwarza ją na swoją modłę. Jak Tarantino.

Zmiany i różnice między jednym utworem a kolejnym są na tyle ogromne, że wyczerpujące byłoby przeanalizowanie całego instrumentarium. Ale co najważniejsze, te nagłe zmiany brzmienia nie drażnią słuchacza. Nakładanie na siebie warstw, jak i produkcja, sprawiają ogólne wrażenie gęstości i skondensowania brzmienia. Choć pierwsze dwa utwory są niebezpiecznie podobne do twórczości australijskich sąsiadów z Tame Impala, reszta jest już mocno osadzona we własnym, pozaziemskim, psychodeliczno-funkowym stylu. Introwertyczne lo-fi r&b, soul dla białasów, Sly Stone i Prince AD 2018. Ktoś inny powie: yacht rock! Bo rzeczywiście, takie "Ministry Of Alienation" niejako kontynuuje seventisowy vibe przywrócony w zeszłym roku przez "Show Me The Way" Thundercata. Nielson stworzył absolutnie wyjątkowe, specyficzne brzmienie, które faktycznie początkowo przywołuje na myśl taką plejadę artystów. Paradoksalnie jednak ta wiązanka ciepłych, mruczących gitar i migoczących klawiszy owocuje wyrazistym stylem, a takie utwory, jak "Everyone Acts Crazy Nowadays" świadczą tylko o kompetencji pisania świetnych, ale zarazem nieoczywistych hooków.

Na Multi-Love z 2015 roku, UMO zagłębiało się w poliamorię i hedonistyczne poszukiwania przyjemności. Sex & Food jest tak samo skoncentrowany na życiu, jak na, ekhem, cielesnych i przyziemnych sprawach. Według słów Rubana Nielsona, teksty skupiają się na "pozytywności mimo osobliwości naszych czasów". W jego liryce polityka, rozczarowanie, miłość, strata i melancholia przewijają się jak seria swobodnych winiet. Stonerowo-fuzzujący "American Guilt" porusza temat rządów czuwających nad ludźmi, ale jest również krytyką amerykańskiego przesytu i towarzyszącego mu poczucia winy. Ten eklektyzm może być rezultatem nagrywania płyty podczas trasy – a konkretnie w Seulu, Hanoi, Reykjaviku, Meksyku, Auckland i Portland, gdzie Nielsen ma własne studio. Te warunki w jakimś stopniu wpłynęły też na muzykę – w "Ministry Of Alienation" ładnie brzęczy coś w rodzaju syntezatorowej sitary, a smyczki w "Hunnybee" dodają wrażenia subtelnego azjatyckiego disco.

Tak jak większość imprez czy orgii, Sex & Food ma momenty ospałe, szczególnie w drugiej połowie albumu. Największą wadą są boleśnie przewidywalne struktury utworów, z których większość polega na ciągłym powtarzaniu słów i zwrotów lirycznych. Taki "Hunnybee" to jeden z lepszych utworów na płycie. Tylko, panie wokalisto, jeśli masz coś do powiedzenia, to kozacko, ale nie musisz tych fraz powtarzać aż tyle razy. Może przyda się posłuchać trochę Frankie Cosmos.

Jest szansa, że będziecie powracali do tego albumu, albo przynajmniej do niektórych piosenek. Przyjemniacko i przyzwoicie, choć miejscami tylko poprawnie. Tak jak UMO nigdy nie mieli "tego" albumu, który byłby stawiany na piedestale obok największych tuzów tej dekady, tak nadal nie mają. Jasne, niewątpliwie pod koniec roku przypomnę sobie o nim i o jego highlightach, tylko to w sumie już czwarty album z serii "ej no damy im szansę, bo ciekawie grają, i na pewno następnym razem będzie lepiej, może to będzie TEN definitywny album". Ale nigdy tak nie jest.

Adam Kiepuszewski    
16 kwietnia 2018
BIEŻĄCE
Porcys: Equalizer #4
M83Knife + Heart