RECENZJE
Unknown Mortal Orchestra

Unknown Mortal Orchestra
Multi-Love

2015, Jagjaguwar 6.3

Przy okazji debiutu Unknown Mortal Orchestra życzyłem sobie, żeby oprócz garażowego eksperymentowania z produkcją trio podążyło tropem tak bezpośrednio chodliwych kawałków jak "FFuny FFriends" czy "How Can You Luv Me" i tym samym przejęło psych-popową niszę, w której Kevin Barnes wykrwawia się od lat, wydając coraz bardziej zbędne albumy. Nie na miejscu byłoby więc krytykować kogoś, kto na wysokości II postawił na zespole gruby krzyżyk, choć osobiście staram się myśleć o tym szkicowym, cierpiącym na absencję fajnych motywów krążku jak o poligonie doświadczalnym, jaki Ruban Nielson zorganizował sobie, by metodą prób i błędów doprecyzować swoje brzmienie, najwyraźniej stanowiące dla niego pewną obsesję. Również na nowym albumie stanowi ono punkt centralny, pytanie tylko czy udało się nareszcie okiełznać ten drugi, naturalnie muzykalny aspekt? Odpowiadam: tak, ale tylko po części: Multi-Love to krążek miejscami zachwycający kreatywnością, ale dosyć nierówny.

Z uśmiechem patrzę na usilne recenzenckie próby ścisłego zaklasyfikowania kręgu inspiracji Multi-Love jako całości do konkretnych odcinków na osi czasu. Bo tak jak nie da się odseparować zawartości płyty od pejzażu revivalu psychodelii lat 60. czy nie zauważyć krautrockowych naleciałości, tak lubieżnie zerka nań z boku podskakujący prince’owski funk, przed oczyma staje pstrokaty krajobraz Midnite Vultures, a całość wręcz kipi pinkowskim ekscentryzmem. Cechą Multi-Love jest więc różnorodność. Obok funkowych fiksacji i skwaszonych indie-impresji znajdziemy tu i hołdy złożone klasycznemu soulowi ("The World Is Crowded"), i soczyste, ociekające potem riffy ("Puzzles"). Sfuzzowana, zatopiona w różu rzeczywistość Nielsona to gra w nie zawsze jasne, ale jednak skojarzenia, z której może wiele umknąć, jeśli nie ma się rozeznania i wystarczającej praktyki w słuchaniu muzyki bez zbędnych ograniczeń.

Krążek zaczyna się od podniosłej, barokowej melodyjki klawiszy utworu tytułowego, a już po chwili równolegle do niej Nielson rozedrganym głosem inauguruje opowieść o poligamicznym związku, w jaki przekształciło się jego małżeństwo, gdy postępowanie separacyjne napotkało problemy natury biurokratycznej, a do wspólnego domu sprowadziła się kobieta, którą poznał podczas tournee po Japonii. Emocjonalna huśtawka towarzysząca temu miłosnemu trójkątowi jest zresztą tematem przewodnim płyty, ale nie mam zamiaru się nad tym specjalnie rozwodzić – śmiech przez łzy byłby dobrym skwitowaniem całej sytuacji. Wracając do "Multi-Love" – znam takich, którzy burczą coś pod nosem i narzekają, ale mnie to niespecjalnie przeszkadza w doznawaniu momentu, gdy przewodni motyw ustępuje miejsca synthom najwyższej próby, a rozochocona sekcja nadaje całości kolorytu "Eros Entropic Tundra" Of Montreal.

Nielson należy do grona popowych eklektyków-majsterkowiczów, którzy chcieliby w jak najmniejszym formacie popowej piosenki upchać wszystkie swoje niezliczone pomysły. Z takich ambicji niejednokrotnie rodziły się albumy genialne, ale Multi-Love raczej się do nich nie zalicza. Napakowane detalami "Like Acid Rain" i "Ur Life One Night" tryskają funkową energią, a jednak jest w nich coś, co dzieje się, kiedy ma się tysiąc twórczych impulsów naraz, ale za mało melodycznego luzu, by efekt nie wydał się przytłaczający – to coś powraca później w beatlesowskim "Stage Or Screen". Przewiewne akustyczne akordy "Extreme Wealth And Casual Cruelty" budzą bardzo przyjemne skojarzenia ze Steely Dan i debiutem Everything but The Girl, ale sześć minut to stanowczo za dużo, bo pomimo saksofonowych i gitarowych wstawek w pewnym momencie włącza się tryb nudy. Zupełnie inaczej jest z kolei w singlowym "Can’t Keep Checking My Phone". Z romantycznie teatralnego intra swobodnie wyłania się mechaniczny beat, pompujący pulsującą, zadymioną bańkę disco do granic wytrzymałości, a stwierdzenie "Daft Punk gra Off The Wall" wydaje się całkiem kuszące. Gdyby tylko udało się utrzymać ten poziom na całej rozciągłości krążka, to byłbym zachwycony, a tymczasem płyta, która miała przebojem zwieńczyć tę piękną wiosnę, pozostawia po sobie lekki niedosyt. Póki co Unknown Mortal Orchestra pozostaje w kręgu zdolnych zespołów, które jeszcze nie nagrały albumu na miarę swoich możliwości i nie wiadomo, czy kiedykolwiek to zrobią. Pozostaje trzymać kciuki następnym razem.

Wojciech Chełmecki    
11 czerwca 2015
BIEŻĄCE
TuzzaMoon Mood (EP)
HelmChemical Flowers