RECENZJE

Unkle
Never Never Land

2003, Mo'Wax 5.4

Ostatnio zabrałem się za swój angielski, decydując się z Martą ("siema słonko") na korki u pewnego studenta anglistyki. Najgorzej idzie nam oczywiście z gramatyką, z której jesteśmy ("sorry słonko") ciency jak barszcz. Martę, która generalnie jest lepsza (to nie tylko kokieteria), najbardziej irytują wyjątki. W sumie jasne. Uczysz się zasad, wkuwasz regułkę, a gdy weźmiesz pierwszy lepszy test, to znajdziesz w nim pytania, których rozwiązanie wygląda dokładnie odwrotnie. W odniesieniu do muzyki popularnej można by sformułować tezę w rodzaju: projekty przygotowane przez tak zwane super-grupy są z reguły wydarzeniem bardziej towarzysko-promocyjnym, niż artystycznym. Sprawa chyba dość oczywista, choć i tu odstępstw nie brakuje. Skoro jednak udało nam się zwerbalizować konkretne zagadnienie, dlaczego by nie przysporzyć sobie frajdy jaką daje robienie rankingu, wybieranie dziesiątki "naj" i tak dalej.

I tak na mojej liście najlepszych albumów przeczących wspomnianemu twierdzeniu nie zabrakłoby Psyence Fiction. Osnuty na zagadkowych, by nie rzec pozaziemskich motywach, wzbogacony o kapitalnie samplowane frazy filmowe, eklektyczny twór powstały ze współpracy duetu Jamesa Lavelle i DJ Shadow z szeregiem wybitnych muzyków pokroju Thoma Yorke'a, Richarda Ashcrofta, Badly Drawn Boya czy Mike'a D, imponuje niespotykaną u tego rodzaju wydawnictw spójnością. Mimo wielkiej różnorodności mieszających się stylów od pierwszej do ostatniej minuty zaskakuje słuchacza zdumiewająco jednolitym charakterem, idealną równowagą, właściwie wyważonymi proporcjami dobieranych stylistyk, wreszcie doskonałym wykorzystaniem talentów zaproszonych gości. Każdy utwór ma tu swoje miejsce, każdy jest przemyślany i podporządkowany wizji. Dzięki temu, wymiatający zarówno koncepcyjnie jak treściowo, debiut Unkle lśni jako całość, dzieło kompletne.

Never Never Land to wyglądany od pięciu lat follow-up, tym razem już bez udziału Shadowa, po którym lukę uzupełnił Richard File. Sprawujący nad wszystkim pieczę Lavelle ponownie uciekł się do skrzykiwania znanych postaci. Ostatecznie pomogli, między innymi, Robert "3D" Del Naja (Massive Attack), Ian Brown, Brian Eno, Jarvis Cocker (Pulp) czy Josh Homme (Queens Of The Stone Age). W efekcie powziętych starań powstała płyta jak ulał pasująca do twierdzenia z początku, przy czym wcale nie słaba. Choć ani przez chwilę nie ma mowy o zbliżeniu się do poprzednika, to trzeba przyznać, że mimo naiwnego i przewidywalnego intro początek zapowiada poziom "około-listowy". "Eye For An Eye" ma tyle wdzięku, że gładko przechodzimy obok jego patetycznych niedoskonałości (jakieś wyciszenia z tekstami w stylu: "This grain evil / Where is it come from? / Had still the end of the world? / Who's doing this? / Who's killed us?"). Następne, przebojowe "In A State" nie wystawia już na tego rodzaju próby, szczerze rajcując bez żadnego ale. Przy czym pierwszemu po drodze do "Good Luck", czy ogólniej do rytmicznych figur jakimi na Kish Kash raczyli nas Basement Jaxx, a z kolei względem drugiego wypada przypomnieć sobie przebój Everything But the Girl "Missing", włącznie z refleksyjnymi wstawkami, nieco udręczonym wokalem i obowiązkowymi smykami. Ktoś coś kiedyś mówił o dualizmie tańca i eschatologii jako charakterystycznym obliczu muzyki AD 2003? Oto kolejny przykład na to, że miał rację.

Następne dwa utwory niepotrzebnie próbują wdrożyć element paranoi i zastraszyć słuchacza, który nie bardzo jednak ma się czym przejąć. Co najwyżej można się zirytować przedłużaną w nieskończoność wokalizą File'a, drażniącą tak mocno jak partie Leithausera z tegorocznego, rozczarowującego mnie Bows + Arrows. Na nieszczęście sporo jest tu takich właśnie fragmentów, gdzie zwyczajnie słabsze, a co za tym idzie nudne motywy rozciągane są niemiłosiernie, starając się hipnotyzować aurą "nie z tego świata". Nie pomaga nawet 3D swoim kultowym, wpieniającym a zarazem klimatycznym flow próbujący czarować nas w "Invasion". Tym razem tajemnicze postacie z okładki, filmowe skecze i cała ta misterna otoczka nie są mocną stroną całości i nie wnoszą nic nowego do znanych już patentów, częściej ocierając się o banał.

Z drugiej strony Never Never Land nigdy nie błądzi zbyt długo. Zawsze prędko natrafiamy na te smaczniejsze fragmenty, jak starannie dopracowany "What Are You To Me?", rozpoczynający się jak Wilco, w środkowej fazie przeistoczony w energetyczną jazdę w stylu popisowych numerów Björk z okresu Post, by pod koniec wygasać w formie psychodelii Olivia Tremor Control. Zakończenie jest zarazem wstępem do kolejnej mocnej pozycji w zestawie, "Panic Attack". Oparty na kapitalnej melodii, prawdziwie paranoiczny i mrożący krew w żyłach numer zawdzięcza swą grozę jakości oraz ciężarowi gatunkowemu patentu brzmieniowego zacytowanego z dorobku Joy Division ("She's Lost Control"). Niegłupim skojarzeniem wydaje się tu być także Fridge, co prawda mniej drapieżny i nie tak niepokojący, ale bliższy soundem.

Jeśli szukacie prostego testu na porównanie obu krążków, to mam dla was odpowiedni przepis. Przypomnijcie sobie "Be There", a następnie zapuście "Reign" – drugi odcinek wokaliz Browna dla Unkle. Otóż różnica miedzy nimi jest dokładnie taka, jak między oboma krążkami projektu. Utwór jest zupełnie przyzwoity, ale od poprzednika dzieli go całkiem głęboka przepaść, różnica klas.

Jacek Kinowski    
7 kwietnia 2004
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Indie
Car Seat HeadrestTwin Fantasy