RECENZJE

Unicorns
Who Will Cut Our Hair When We're Gone?

2003, Alien8 5.9

Naiwni, przestraszeni Unicorns wybyli z sypialni swych kanadyjskich domków, ujawniając ten skromny acz zuchwały debiut, ku niezdrowo głośnemu aplauzowi i uciesze niezależnych środowisk. Podkreślano nieskrępowaną chęć odkrywania niezagospodarowanych rejonów popu, młodzieńczą pasję i nieprzeciętny talent. Mówiono też o przełamywaniu barier, wrażeniu niedosytu i wielowątkowym wariactwie. To, szczerze powiedziawszy, bardzo dziwi. Po raz kolejny z rzędu usłyszałem efektownie wyegzekwowane artystyczne oszustwo. Może i ci kolesie kombinują z barwami instrumentów, przeplatają w sposób kolażowy aranże. Lecz niestety ich piosenki, traktowane jako materiał źródłowy poddawany dopiero obróbce, są toporne i wtórne. Ani jeden hook, powiedzmy poza świetnym riffem "Inoculate The Innocuous", nie orzeźwia. W rezultacie Who Will Cut Our Hair When We're Gone?, mimo wielu zalet i oczywistych wartości, nie wykracza poza your-everyday-lo-fi-pop.

Żeby była jasność: doceniam wymyślność grupy w perspektywie formy. I zgoda, na papierze siłą Unicorns jest poszatkowanie konstrukcyjne. Totalne przekreślenie dogmatów w rodzaju zwrotka-refren-zwrotka. Utwory rozwijają się nieprzewidywalnie. Ale tylko na papierze. Są dziesiątki płyt, które nie tylko zaprzeczają formalnym kliszom, ale oferują także zajebiste kompozycje. Żeby nie szukać daleko, chwyćmy rzeczy z tego roku, choćby Offcell Pinback. Cóż za talent! Oni mają talent! Prowadzą tematy pod różnymi tłami harmonicznymi, wprowadzają drobne modyfikacje. Kują śliczniutkie malutkie epiki. "Microtonic Wave" i "Grey Machine" rozkwitają jak rośliny. Dopasowanie szczegółów zachwyca współodniesieniami. I powiedzcie, czy te kawałki są zbudowane według metody zwrotka-refren? Zupełnie nie. Taki problem? (Że nie wspomnę już o It Was Hot Microphones.) Czyż nie rozchodzi się tylko o pewien dar songwriterski? Unicorns go jeszcze nie posiedli.

Muzyka nie może być jedynie wykoncypowaną strukturą, bez właściwości "promieniowania" na słuchacza. Muzyka powinna działać zarówno emocjonalnie, jak i intelektualnie; tak estetycznie, jak i matematycznie. Dlaczego Unicorns mogą sobie śpiewać dowolne linie bez związku z następstwem akordów, polegając tylko na legitymacji "nowatorstwa"? Dlaczego wstęp "Tuff Ghost" snuje się jak przymulony pijak nad ranem, nie oferując sensownych progresji? Dlaczego końcówka "Child Star" załamuje beznadziejną "dziecięcą" stylizacją z głupawym "I hate you / I hate you", w dodatku kompromitując się podkładem? Dlaczego od numerów pokroju "Tuff Luff" lub "Let's Get Known" zieje na odległość wypełniaczem? Dlaczego obiecujący "I Was Born (A Unicorn)" nie rusza się z miejsca o krok? Z powodu braku natchnienia? Dobrze wiemy, jak trudno jest wyczesać coś, co nie tylko intryguje kształtem, ale i wymiata melodycznie. Przysłowiowe Emergency & I to ideał pod tym względem; Unicorns zaś, są paczką ambitnych chłopaków, szkoda, że pozbawionych wyczucia czysto muzycznego.

Aha, no i jeszcze ten słynny wątek śmierci. Wielka podjarka: popowa płyta o śmierci. Gdy zobaczyłem, iż tytuł pierwszego kawałka brzmi "I Don't Wanna Die", rozkleiłem się. Doznałem też przy pomyśle na zakończenie płyty. Każdego dnia myśl o śmierci nie daje mi spokoju. Jak każdy człowiek, nie mogę nie reagować gęsią skórką, jeśli w co drugim tekście mowa jest o nieuchronnym końcu. Ale, na miłość boską, opamiętajmy się! Według mojej teorii istnieje coś takiego, jak "uwiarygodnienie" warstwy literackiej przez muzyczną. Chcecie popu o śmierci? Posłuchajcie histerii Modest Mouse, gdzie Brock skomli o życie wieczne niczym torturowane, wygłodzone zwierzę. Albo, na przeciwległym biegunie, rezygnacji Magnetic Fields, z Merrittem wygłaszającym zimnym tonem zdania typu "I don't care what people say / Life is too short". To jest genialny pop o śmierci. Ponieważ teksty są wsparte tak przejmującymi, wwiercającymi się w serce melodiami, że chce się płakać / wyć. To co, że Unicorns śpiewają w openerze "We don't wanna die / In a plane crash"? Z tym miękkim, Gibbard-esque timbre i pod tą banalną melodię brzmi to zaledwie jak trzeciorzędne emo.

Reasumując, dałbym Unicorns 6.0 za odważne cięcie struktury piosenek, ale brak inwencji songwriterskiej zespołu mi nie pozwala. Unicorns to tylko poboczne ogniwo w długim na kilometry łańcuchu niezal-popu. They Might Be Giants, Grandaddy, Olivia Tremor Control, Spoon, Flaming Lips, Death Cab, by wymienić z brzegu parę nazw, robili podobne rzeczy sto razy lepiej w ciągu ostatnich lat. Parę słodko chwytliwych, zupełnie udanych szkiców, w rodzaju "Ghost Mountain", "The Clap" czy "Jellybones" nie przesądza wyniku. Mam pasję dla jakości muzyki, a nie jej oprawy. After all, wolicie przemarźnięte, szarawe, małe, robaczywe kartofle przyrządzone w nietypowy, oryginalny smakowo sposób, czy piękne, dorodne, pełne ziemniaczki ugotowane jak najbardziej tradycyjnie? Ja wiem, wszyscy wolimy połączenie wysokiej jakości ziemniaków z unikatowymi przyprawami. Ale z tamtych dwóch opcji wybieram drugą, na przykład One Bedroom Sea And Cake. Unicorns są, podobnie jak Single Frame, jednym z najbardziej przereklamowanych zjawisk w niezal-rocku ostatnich miesięcy.

Borys Dejnarowicz    
8 grudnia 2003
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Indie
Car Seat HeadrestTwin Fantasy