RECENZJE

U2
All That You Can't Leave Behind

2000, Universal 5.3

All That You Can Screw Up. Na rozdaniu nagród "Grammy" za rok 2000, Bono popisał się kilkuminutową przemową. Odbierając nagrodę, wokalista powiedział: "Podobnie jak wiele innych grup, w ubiegłym roku po raz kolejny złożyliśmy podanie o przyznanie nam tytułu największego zespołu świata. Ci, którzy złożyli to podanie z nami, są tu wszyscy na sali. Radiohead, Pearl Jam, i jeszcze wielu, wielu innych. Wszyscy mieliśmy ten sam cel: zostać najlepszą grupą świata. Ale to właśnie nam się udało". Czy coś w tym guście. Trudno stwierdzić, czy lider U2 mówił całkowicie poważnie, czy tylko żartował. O tym, że statuetki "Grammy" guzik znaczą wiedzieliśmy od zawsze. Natomiast to, że Bono, działacz polityczny i społeczny, artysta naprawiający świat, autorytet przywiązujący wielką wagę do wypowiadanych przez siebie słów skompromitował się bredząc od rzeczy, było dla mnie sporym zaskoczeniem. Czyżby sodowa? W tak późnym wieku? W porządku, nie odmawiam nikomu prawa do publicznej radości i dzielenia się szczęściem z publicznością. Ale dlaczego akurat z powodu tej płyty? I tej nagrody?

U2 nagrało po prostu kolejny album. Jakiekolwiek zachwyty są tu śmieszne i nie na miejscu. No bo tak: płyta brzmi świetnie, jest doskonale wyprodukowana, ale czy mogło być inaczej, skoro są za to odpowiedzialni być może najlepsi realizatorzy naszego globu, Brian Eno i Daniel Lanois? Tak więc całej palety brzmień, najprzeróżniejszych smaczków na tym albumie nie brakuje. Ale czy jest za co chwalić sam zespół, skoro mógł on w tej materii zasięgnąć rady (czytaj: wysłużyć się nimi) fachowców? Następnie: wszystko brzmi na krążku doskonale, słychać rasowe, pełne klasy i profesjonalizmu granie. Ale znów, czy tych czterech kolesi miało prawo nie zagrać zawodowo, skoro to już jest ich dziewiąte wspólne studyjne wydawnictwo? Przecież to są stare wygi, które znają swój fach jak nikt inny! Spodziewaliście się, że nagle, ni stąd, ni zowąd zaczną brzdąkać niepewnie, jak debiutanci? No i wreszcie sprawa samych piosenek: dotychczasowe osiągnięcia The Edge'a w tym temacie wszyscy dobrze znamy. Dlaczego więc nie miałby i tym razem zaprezentować pięknych i dojrzałych kompozycji? Zaprezentował kilka, choć trochę mniej, niż zwykle.

Są momenty, i to naprawdę dobre, na tej płycie. Ale sporo też wypełniaczy, utworów, które swym banalnym charakterem chwały klasykom rocka nie przynoszą. Zaczyna się od singlowego "Beautiful Day". Syntezatorowy, chłodny wstęp, syntetyczne, a później żywe bębny. Głos Bono, kapitalna partia gitary The Edge'a w tle. Może i niespecjalny, zbyt patetyczny refren, ale naprawdę fajnie się tego słucha. To, co zwraca głownie uwagę, to, jak już wspominałem, produkcja, więcej nawet niż nienaganna. Różne, często bardzo odległe od siebie dźwięki współbrzmią tu znakomicie. Później mamy balladę-hymn "Stuck In A Moment You Can't Get Out Of". Też nic wyjątkowego, taką pieśń mógłby nagrać każdy, liczący się przedstawiciel brytyjskiego, gitarowego grania. Ale coś jest w głosie Bono, co sprawia, że jest to jeszcze jeden wyróżniający się fragment All That You Can't Leave Behind. No a potem być może najlepszy utwór tego albumu, "Elevation". Masywny, potężny riff basu, gitara łaskocząca nas miękko w lewe ucho, Angelina Jolie latająca w powietrzu! Tak ekspresyjnie i przestrzennie trzeba było grać na całej płycie!

Niestety, ma ona jeszcze drugie, zdecydowanie słabsze oblicze. Co mówię z prawdziwym żalem. Szkolny "Walk On", ogniskowy "Wild Honey" czy przesłodzony "Peace On Earth" to utwory prawdę mówiąc bezbarwne, powielające w mniej pomysłowy sposób sprawdzone patenty U2, niczym nie zachwycające. Kulminacją tych rozczarowań jest słabiutki "In A Little While", który zaczyna się spokojnym, pseudo-rozrywkowo-country'owym riffem, by za sprawą hip-hopowego rytmu rozwinąć się w zwykły kawałek, niegodny przecież tak słynnej nazwy, jaką jest U2. Trochę szkoda, że umieszczają takie rzeczy na długogrającym albumie. Okazuje się jednak, że nawet w tych wyraźnie wtórnych, szablonowych piosenkach można odnaleźć coś miłego. "Kite" przykuwa uwagę całkiem sprytnym, leniwym motywem wiodącym gitary. Ci, którzy uwielbiają wokal Bono z przyjemnością wysłuchają refrenu "When I Look At The World". Zwolennikom bardziej transowego oblicza U2 spodoba się tajemniczy "New York". Za to na sam koniec panowie serwują nam prawdziwy klejnot, który udowadnia, że jednak warto czekać na ich kolejne nagrania: "Grace". Co by nie powiedzieć, jest to wielki utwór. Słychać, że Eno dwoi się i troi, by wykreować kosmiczne pejzaże w tle. A sam Bono śpiewa swój najładniejszy od wielu lat tekst. I tu nie ma już wątpliwości. To mógł popełnić tylko U2, nikt inny.

Minimalnie słabiej wypada chyba ta płyta, gdy przyłożyć ją do poprzedniej propozycji U2, albumu Pop. A może to tylko złudzenie? Ale nie tylko w tym rzecz, że mniej tu eksperymentów, mniej odkrywania nowych terenów. Że, jak zwykło się to określać, nowy krążek jest swego rodzaju krokiem wstecz dla irlandzkiej grupy. Zabrakło chyba tym razem muzykom pewnego rodzaju werwy, pasji, która ze zbioru jedenastu piosenek uczyniłaby pełnowartościowy album. Zabrakło artystycznej weny, zacięcia, ambicji. Tak wejść do studia, podłączyć sprzęt i zarejestrować kilka kawałków, które uzbierały się w szufladzie w ciągu trzech lat, a następnie je wydać, to chyba trochę za mało, co? Ja ich jednak rozumiem; skoro nie piszą już dziś tylu wspaniałych utworów, to postawili na brzmienia i klimat. Trochę byli w kropce, bo po Pop musieliby nagrać album drum'n'bassowy, żeby podążać wciąż do przodu wyznaczoną wcześniej ścieżką. A tak, proszę, nagrali parę zgrabnych numerów, w swoim stylu. Ameryki może nie odkryli, ale sprawili nieco radości najbardziej zagorzałym fanom. Natomiast najlepszym zespołem świata, czego by tam Bono nie wygadywał, nie są.

Borys Dejnarowicz    
21 sierpnia 2001
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie