RECENZJE

Tyler, The Creator
Wolf

2013, XL 6.0

Mamy 2013 i Tyler Grzegorz Okonma wciąż jest z nami. Dosyć to zaskakujące, ale hype trwa – Odd Future przez ostatnie miesiące nie dawało światu o sobie zapomnieć, co więcej, wciąż dostarczało setek powodów do radości. Nie tylko Pusha T, "Oldie" i Frank Ocean, ale też Loiter Squad, filmy z każdego miasta, do którego przyjechali w ramach trasy i biały ryj Lucasa. Szalony hype trwa od premiery teledysku do "Yonkers" i nic nie wskazuje na to, by miał się skończyć – katalog na ich oficjalnej stronie liczy już 25 pozycji (w tym trzy wersje zeszłorocznego mixtejpu), wciąż szykują się kolejne, co jakiś czas któryś pobije się z tłumem albo wróci z Samoa. A na razie jest Wolf, który jest o niebo lepszy od Goblina, choć dostrzec to trudno, bo Tyler w 2013, który wizerunkowo jest taki sam, jak dwa lata wcześniej, nikogo już nie dziwi.

Ale wciąż bawi. Nie za bardzo cenię warstwę emo w jego piosenkach, bo jestem na to pół dekady za stary. Tak jak nie mógłbym już chodzić ze studentką, bo problemy związane z sesją są żenujące, tak zagubienie, niechęć do krytyków i tożsamościowe wątpliwości Tylera powodują jedynie znudzenie. Są dwa momenty, które z tego znudzenia wyrywają – "Answer", w którym ładnie gra nienawiścią i tęsknotą do Ojca i "Ifhy" z tego samego powodu, tyle że do dziewczyny i z Pharrellem na końcu.

O wiele lepiej jest, i wiem, że tu wiele osób się ze mną nie zgodzi, kiedy robi się wesoło. Jestem wyznawcą singlowego "Domo 23", choć zdaję sobie sprawę, że to jeden z najgorszych tekstów ever. Ze dwa tygodnie słuchałem w zeszłym roku OF Tape Vol.2, a teraz zostały mi tylko "Rella" i "Oldie" – dwie najbardziej wyraziste emanacje zajebistej zabawy, jaką można mieć, jeśli zarabia się gruby hajs na własnych warunkach z fajnymi kumplami. Tu też jest kilka takich kwiatków i choć na początku łapałem się za głowę z powodu okrutnego debilizmu, to teraz śpiewam na ulicach Rzeszowa w głos "Trash Wang niggas / Thriller we the killeeer", zniechęcając Ukrainki z pobliskiego hotelu. Zresztą "Trash Wang" to w ogóle najbardziej niezręczny utwór w zestawie: wśród tematów koza, zabijanie babci i białe niewolnice, wśród MC-s Jasper, biały drący japę koleś i coś absurdalnie złego. Uwielbiam.

Ale bez przesady – Tyler może wielokrotnie powtarzać, że jeszcze nie dorósł, że jest noobem w tej grze, ale w wieku dwudziestu jeden lat na pewno nie zalicza się do juniorów (Chief Keef, Joey Bada$$, to są absurdalne metryki) i ta płyta też świadczy o jakiejś tam dojrzałości artystycznej. Mogę sobie utyskiwać na jego rozterki, czy bezsensownie ekscytować się opisami brutalnego seksu, ale na całym Wolfie proporcje wyważone są o wiele lepiej niż na poprzednich albumach. Co ja gadam, wtedy w ogóle nie były wyważone, to był jakiś przypadkowy tygiel, a tu zdecydowanie widać MYŚLENIE, za co szacun od zgreda. No i wreszcie jego bity nie bolą w ucho – ośmiobitowa "Jamba" przemienia się w jakieś pseudo-wokalizy, "Slater" jedzie praską gangsterką, "Rusty" buja NO-MOŻE-NIE-TAK-BARDZO-ALE całkiem. Ten ostatni to w ogóle przykład *dojrzałego* fragmentu "Wolf". Charyzmą, jaką popisują się tu Domo Genesis i Tyler, można obdzielić kilkunastu początkujących szczeniaków, a strzały z paszczy to rozliczeniowa seria, która potwierdza, że chłopaki są bardziej świadomi rzeczywistości, niż mogłoby to wynikać z koloru ich skarpetek.

Rozpływanie się nad najgorszymi punktami albumu ma w tym wypadku głębszy sens. Bo, niezależnie od plam nudy i powtarzania tematów, Tylerowatość Tylera kształtują właśnie takie dziwadełka. Murzyn może tworzyć najpiękniejsze wersy i zapraszać Erykę Badu (to się stało tutaj, tak), ale gawiedź zapamięta mu przede wszystkim bezkompromisowe rozgrywanie swojej kariery i oddanie chłopakom ze składu. Najlepiej obrazują to filmiki na oficjalnym profilu OFWGKTA – Tyler rzuca się na stół, przy którym przed chwilą podpisywał koszulki, Tyler mówi fanowi, że wygląda jak bohater Gummo, Tyler rozrzuca bezpłatny stuff na otwarciu nowego sklepu, hasło "fuck you" otwierające album – w ten sposób kształtuje się wizerunek, w ten sposób zdobywa się rząd młodych dusz. I bardzo spoko , ale wkrótce Okonma będzie miał już 25 lat, wtedy pajacowanie stanie się mniej wiarygodne. Czekamy na nowe.

Tak, Erykah Badu jest doooobra.

Filip Kekusz    
4 maja 2013
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: R.I.P.
Rekapitulacja 2018: Azja