RECENZJE

Tyler, The Creator
Goblin

2011, XL 7.3

Nie wdając się w szczegóły, przypuszczalnie żadna recka nie zabrała mi dotychczas tyle – już nawet nie czasu – życia, co Goblin. Na temat fenomenu Odd Future wygenerowano dotychczas tyle treści i bez-treści, że samo "wklepanie w edytor tekstu" słów "fenomen Odd Future" powoduje, że chce się "tłuc czołem o klawiaturę", odwlekając tym samym konieczność przemierzenia tej frazeologicznej pustyni, na której znienacka nas wysadzono. Jest źle. Chciałoby się wierzyć, że przez trzydzieści ileś lat hip hopu i tysiąc lat kulturoznawstwa wypracowaliśmy sobie jakieś narzędzia pozwalające stylowo, dowcipnie i zachowując twarz zmierzyć się ze (stylową, dowcipną) mizoginią, mizoandrią, homofobią, mizantropią oraz domniemanym horrorcorem, który wcale nie chce być horrorcorem. Chciałoby się móc "wyjść poza wyświechtane klisze", ale prawda jest taka, że jesteśmy dziś równie bezbronni i sucharzący jak F.B.I. w obliczu N.W.A. Spróbujcie naliczyć wszystkie formy słowa "żak" toczące waszą lokalną relację z Juwenaliów.

  Scenka rodzajowa I
Bar, wieczór
Ja: "Nie mogę z tobą pić, muszę wrócić do domu i pisać recenzję mizoginistycznego albumu hip-hopowego"
  Typ: "Jesteś feministką? Opowiem ci dowcip, którego możesz użyć w recenzji. Ilu feministek potrzeba do wkręcenia żarówki? Odpowiedź: to nie jest śmieszne."
Ja: "No średnio."

Zawsze podejrzewałam, że specjalizacja hip-hopowa w Porcys przypadła mi z racji pocieszności całej sytuacji, w której porządna dziewczyna jak ja usiłuje ogarniać getto. Jestem przekonana, że na specjalizację hip-hopową przystałam, żeby zabić w sobie to poczucie niemocy, które ogarnęło mnie w dziewięćdziesiątym dziewiątym, gdy ojciec mój przypadkowo odpalił w samochodzie kasetę Kalibra, niefortunnie trafiając na refren "Grubego Czarnego Kota", a ja musiałam naprędce wyjaśnić "jakie konkretnie wartości widzę w tej muzyce" (i powołać się w tym celu na autorytet Listy Przebojów Radiowej Trójki). Oto dopada mnie idea wiecznego powrotu, bo znów mamy do czynienia z dziełem miejscami znakomitym, które nie jest ani dobre, ani piękne, ani szczególnie prawdziwe.

Dla uproszczenia uznajmy, że jest zbiór ludzi, których bawi dowcip "Co jest gorsze od smutnego smurfa", zawierający w sobie podzbiór ludzi, do których adresowany jest Goblin. Ta względna hermetyczność poczucia humoru tworzy  poczucie pozornie elitarnej wspólnoty:  jesteśmy z dobrych rodzin i przyzwoitych szkół, ale "rozumiemy". Sama deklaracja "rozumienia" stanowi o akcesie do wspólnoty – co brzmi jak opis rytuału różokrzyżowców, ale w końcu taką mają naturę całe połacie internetu (i trzeba wyrzec się życia, żeby je przemierzyć). Generalnie rozkład jest zero-jedynkowy – albo rozumiesz (i tym samym masz prawo do koszulki Golf Wang), albo nie rozumiesz i każdy wers "Tron Cat" napawa cię wstrętem. "They are them / We are us". (Przy okazji, wybacz José: "(...)Jeśli niechęć spowodowana jest niemożnością zrozumienia dzieła sztuki, to człowiek czuje się w pewnym sensie upokorzony, a owo irytujące poczucie niższości musi być zrównoważone przez wynikające z potrzeby samoutwierdzenia oburzenie"). Wszystko to z kolei dobudowuje kolejnych kilka pięter ironii, bo realny target Goblina – uprzywilejowane dzieciaki z mamą, tatą, meblami ogrodowymi i stałym łączem - to właśnie ci, po których Tyler jedzie najmocniej.

  Scenka rodzajowa II
Lipiec, sklep American Apparel, z głośników leci "Yonkers"
Matt: "Ojej, puszczacie Tylera! On ma 19 lat i mieszka z babcią."
Ekspedientka: "Ja nie wiem kto to, dostajemy muzykę z centrali."
Matt: "Ale że ON MIESZKA Z BABCIĄ!"

Tyler rzuca niezobowiązujące przechwałki o licznych gwałtach i spółkowaniu z twoim martwym ciałem, ale z drugiej strony wiemy, że MIESZKA Z BABCIĄ i się masturbuje. (Na marginesie: nie sądzę, żeby wciąż mieszkał, ale była to dla świata na tyle druzgocząca deklaracja, że stan faktyczny już nigdy nie będzie miał większego znaczenia). Zwyzywa cię od pedałów, a na zarzuty homofobii odpowie, że "wielu spośród jego fanów to geje i wcale im to nie przeszkadza". Jakiekolwiek próby oburzenia, z powodów wymienionych wyżej, (oraz z powodu faktu mieszkania z babcią), są trochę chybione, trochę niezręczne i dość, cholera, suche – coś jak oskarżanie MC Terminatora o rasizm za użycie słowa "czarnuch".

(Swoją drogą, nie przypuszczałam, że już wyświechtani, wciąż nieodżałowani Obrońcy Hardkoru jeszcze kiedyś dostarczą mi "relewantnej płaszczyzny porównawczej", ale tak wiele elementów układanki pasuje, że nie jestem w stanie odmówić sobie przyjemności wypunktowania. Tym bardziej, że to być może ostatnia taka okazja. Gimnazjaliści z undergroundu, z bitami na rzepy, rozbudowaną mitologią grupy, z głównym trzonem społeczności fanowskiej rekrutującym się z dobrych domów i uczelni wyższych (krótko mówiąc: spośród tych, którzy "rozumieją"). Tyler – gdzieś pomiędzy nastoletnim angstem MC Błażeja, a bossowstem Jurgena Kaczówki. Teksty? Dla przypomnienia: "Jesteś w gimnazjum / najlepszą dupą / Nie dam cię dotknąć / Innym fiutom","Ja w załamce (...) piszę wersy na kartce, bawię się kutasem. Zamykam się w pokoju, nie dam wejść nawet mamie", "Zulu Nation, Afrika Bambaataa / Napierdalam świnię w krzakach". "Życie boli". OFWGKTA=OH. Pod tyloma względami.)

Wracając do Tylera – dzieciak z rozbitej rodziny i z problemami, któremu nagle przydarzyła się kariera, tak że nie pamięta już nawet, jak jeździć na desce, bo musi odpisywać na maile. Najbardziej ujmujące fragmenty płyty, to te, gdzie Tyler użala się nad sobą i eksploruje bezmiar swojego lamerstwa ("Her name is my password"). Lirycznie co i rusz przydarzają mu się swawolne trawestacje gangsta rapu i dirty south. Zamiast gór koksu mamy "pink xannies", zamiast cisnących się na zaplecze groupies - "I usually just stalk you and masturbate". "Analog" to Larry Clark w produkcji Johna Hughesa.

Dodajmy, że wszyscy uważający sofomor Tylera za wysoce kontrowersyjny, precedensowy (oto biała młodzież słucha wulgarnej, czarnej muzyki) nie mają racji. Kontrowersyjni byli 2LiveCrew, kiedy zdelegalizowano ich za szerzenie pornografii, kontrowersyjny był beef Ice T z Charltonem Hestonem. Tylera hajpuje na swoim legendarnym twitterze Kanye West, Tyler wygrywa VMA i w parę godzin wyprzedaje trasy koncertowe. Tylera słuchają moi znajomi z filozofii, których dotychczas kojarzyłabym raczej z muzyką etniczną i Hypnotic Brass Ensemble.

  Scenka rodzajowa III
Londyn zachodni, autobus nocny
Licealista 1: "Nie lubię Scotta odkąd zaczął słuchać gównianego pop-rapu. Co drugie zdanie tylko young money, cash money."
Licealista 2: "Odd Future teraz też już w sumie pop-rap."
Licealista 1: "No niby, niby, ale bity dalej mają fajne, brzydkie"

Były głosy, że Tylerowi brzmieniowo najbliżej do Salem, co nie jest do końca prawdą, choć sprawdza się w znacznym oddaleniu od głośnika (kiedy rapy zlewają się w jednorodne "bitch" + "suck"+ "dick" w różnej konfiguracji i na ciężkim podkładzie). Prawdą jest natomiast Tylera i Salem wspólnota inspiracji bitami chopped and screwed, którą zresztą słychać już na debiutanckim Bastard ("linia melodyczna" w "Seven" a mixtejpy Screw),  nieodmiennie określanym jako muzycznie przystępniejszy, "clipsowy" album Tylera. Goblin rzeczywiście grawituje czym dalej od popu, a bardziej w stronę szpetoty – dźwięk jest momentami przykry jak mokre buty – ale jeśli wytężyć słuch da się doszukać koneksji ze starym dobrym indie rapem: Cannibal Ox (otwarcie Goblin a otwarcie The Cold Vein), Anti Pop Consortium, Dälek (a skoro Dälek, to w tle majaczą nam noisy Public Enemy). Ale przecież nie w tym rzecz.

Względna niesłuchalność czy anty-popowość albumu nie jest problemem – większy problem mam z faktem, że Tyler momentami, spójrzmy prawdzie w oczy, trochę przynudza. Zakładam, że wszyscy tu zgromadzeni "rozumieją" to wydawnictwo, co z kolei, niestety, rozmywa kryteria i utrudnia ewaluację - tak bardzo chciałoby się, żeby była to płyta listoworoczna. Pytanie, czy nią jest, wciąż pozostaje otwarte (także dla mnie, po sześciu miesiącach "recenzowania"). Być może nią jest. Być może jest nią właśnie dlatego, że chwilami bywa szpetna, ułomna, szpotawa, na tej samej zasadzie, na której rapy ma tym lepsze, im bliższe uświadomionego lamerstwa.

W końcu największą siłą Tylera jest fakt, że jego rzekomy horrorcore to nastoletnie jojczenie, z którym każdy może się utożsamić. I które w gruncie rzeczy można sprowadzić do problemu – nazwijmy go "dylematem Skee-Lo" – dającego się streścić w kilku słowach: "I wish I was like six-foot-nine / So I could get with Leoshi".

Aleksandra Graczyk    
26 grudnia 2011
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: R.I.P.
Rekapitulacja 2018: Azja