RECENZJE

Tyler, The Creator
Flower Boy

2017, Columbia 6.7

Wyjątkowa, telewizyjna chwila. Popularny amerykański prezenter - Stephen Colbert, uśmiechając się uprzejmie, zapowiada występ muzycznej gwiazdy wieczoru. Gdy z jego ust pada pseudonim Tyler, the Creator w towarzystwie tytułu albumu Flower Boy, studio zostaje zasypane burzą oklasków. Kamera obejmuje sylwetkę rapera, który za kilka sekund zawładnie sercami widowni. Podczas ekscytującego show, w głowach zgromadzonych pojawiają się retrospekcje powiązane z energetycznymi performensami u Fallona i Lettermana. Jednak teraz po tamtej wręcz punkowej witalności nie ma śladu. Ten dwudziestosześcioletni łobuz już nie jest rozwydrzonym chuliganem, a raczej dojrzałym, w pełni ukształtowanym artystą. Autora niesławnego Goblina przestało kręcić pogo i ujadanie do mikrofonu.

Pulsujący rytm piosenki "911 / Mr. Lonely", ozdabia gibająca się grupa "tancerzy", będąca czymś w rodzaju alternatywnej obsady programu Soul Train z innego wymiaru. Ich wyluzowane sceniczne ruchy tworzą klimat stylowej domówki rodem z jakiegoś zaginionego filmu blaxploitation. Równie swobodna jak wspomniana choreografia jest najnowsza płyta współzałożyciela kolektywu Odd Future. Ciepłe, neo-soulowe melodie urzekają bezpretensjonalnością oraz aranżacyjną lekkością. Na szczęście dawne ciągoty do horrorcore'u umarły śmiercią naturalną, zaś kult nieprzystępnego minimalizmu został zastąpiony adoracją błogiej przestrzenności. Złote dziecko Tumblra zerwało z mroczną przeszłością i postanowiło zrobić nam dobrze, tworząc sztukę barwną i efektowną niczym ciuchy jego pląsających kompanów

Młody mistrz ceremonii przygląda się zabawie z perspektywy kilkudziesięciometrowego podestu. Idealny punkt widokowy, pozwala mu na kontrolowanie sytuacji. Okonma dyryguje całą salą z kubrickowskim kunsztem, reżyserując reakcje publiki i zachowanie swej ekipy. Podobna pewność siebie bije z Flower Boy. Każda sekunda wydaje się być częścią skrupulatnie przygotowanej całości, ułożonej przez człowieka mającego konkretny pomysł na siebie. Finalny produkt odznacza się spójnością, jakiej brakowało poprzednim dokonaniom muzyka. Konsekwencja w budowaniu solidnej konstrukcji zmusiła architekta tego sukcesu do zrezygnowania z uciążliwych skitów czy bezużytecznych featuringów mniej zdolnych kolegów.

Doczepiona do sufitu, gigantyczna, neonowa pszczoła przypomina o poczuciu humoru twórcy Wolfa. Mimo upływu lat, Tyler wciąż lubi do nas puszczać oko. Co prawda, jego dowcipy nie skrzą się już wulgarną bezpośredniością, ale bawią równie mocno jak kiedyś. Po prostu bohaterami puenty żartu nie są już demoniczne koty, a na przykład sample z Can. Objazdowy kabaret z Kalifornii nareszcie nabrał finezji. Prezesie cyrku – do twarzy ci z tą błyskotliwością!

Dodam jeszcze na koniec, że cała ta tokszołowa szopka ma zaskakująco intymny charakter. Iluzję elitarnej imprezki dla garstki wybrańców potęguje "swojska" prezencja estradowa rapera oraz wspomagających go statystów. Nagle, jakimś niewytłumaczalnym zrządzeniem losu, przytłaczające studio telewizyjne przeobraża się w przytulny salon, gdzie ziomek ziomka ziomka wypruwa przed nami emocjonalne bebechy. Analogiczny styl dyskursu prezentuje recenzowany album, przypisujący słuchaczowi rolę oddanego spowiednika. O ile Tyler zawsze babrał się w kozetkowej estetyce, to tym razem ściągnął melodeklamowanym zwierzeniom syntetyczną maskę rebelianta.

Dorobek naczelnego hip-hopowego prowokatora zyskał pozycję sygnalizującą znaczący progres. Flower Boy eksponuje wyostrzony producencki zmysł, usprawnione rapowe rzemiosło oraz nieskażone gówniarskim trollingiem, emocjonalne "mięcho". Cherry Bomb prawie wpędziło chłopaka do grobu, lecz następca tej artystycznej klęski przywrócił jego ksywkę do rapowej gry.

Łukasz Krajnik    
24 sierpnia 2017
BIEŻĄCE
Tłusty Piątek: 22 września 2017
Oneothrix Point NeverGood Time