RECENZJE

Ty Segall Band
Slaughterhouse

2012, In the Red 6.3

Jeśli trafić na co najmniej zacną imprezę, na szlaku alkoholowego uniesienia dojść możemy do specyficznego momentu, w którym czas zdaje się wyraźnie przyspieszać; (nie)spodziewany brak kontroli nad ciałem i duchem sprawia, że przez miejsca i często kompromitujące czynności przewijamy się niczym ciągnięci niewidzialną ręką równie wstawionego znajomego. W filmach stanowi temu towarzyszy najczęściej rybie oko, klimaty Dig!, wiecie o co biega. W każdym razie, wyobrażam sobie, że codzienność Ty'a Segalla, kalifornijskiego punkowca z krwi i kości, składa się *wyłącznie* z tego typu momentów. I tak jak jego dyskografia obfitowała jak dokąd w pełną gamę kawałków o "gówniarskim" zacięciu, od garażówki beztroskiej po bardziej psycho-narkotyczne figle, tak Slaughterhouse jest jak dotąd najlepszym dźwiękowym zapisem wyskokowej frenezji w jego repertuarze.

Żaden inny utwór nie robi tego lepiej niż "Tell Me What's Inside Your Heart": na krawędzi pop-punka, Nirvany i skocznego bar-rocka Black Lips. Reprezentacyjny fragment albumu łączy ciężkość instrumentalizacji z płynnością zmian akordów (oto musiało chodzić twórcom łatki "power-pop"); tego typu spajanie przewija się zresztą przez cały krążek. W odróżnieniu od Hair, wydanej wcześniej w tym roku kolaboracji Segalla z Timem Presleyem z White Fence, na której oferowali oni przegląd amerykańskich rockowych prądów pod sztandarem sixtiesowej psychodelii, z nowym zespołem (w którego składzie znajduje się m. in. Mikal Cronin) Ty ogranicza się do dwóch głównych kwestii. Z jednej strony dopracowuje brzmienie do uderzającej perfekcji – tym razem oscylujące wokół proto-punka z heavy metalowymi (czytaj: Black Sabbath) naleciałościami – z drugiej tymczasem na tapetę wraca pełne hooków, popowe podejście do songwritingu.

Obie ambicje Ty Segall Band są na Slaughterhouse widoczne gołym okiem. Już otwierający "Death" zdradza fantastyczne walory produkcyjne krążka: dzięki wrażeniu "skondensowanej przestrzeni" brzmi on niczym nagranie live z wypełnionego ludziskiem, piwniczego house show. Slaughterhouse jest mroczny i siermiężny lecz przy tym paradoksalnie hi-fi. Jego brzmienie sprawdza się doskonale jako podkład zarówno do niedźwiedzich rockowych jamów ("Wave Goodbye") jak i wypełnionych wyrazistymi popowymi motywami igraszek ("Muscle Man"). W obu przypadkach na uwagę zasługuje też poziom skupienia na kompozycyjnych detalach: wszystkie riffy, solówki i zagrana płyty to naprawdę dobre melodie same w sobie. Slaughterhouse unika jednak nadmiernego skomplikowania, będąc przystępnym i dynamicznym nagraniem oraz jedną z bardziej satysfakcjonujących pozycji w katalogu Kalifornijczyka.

Patryk Mrozek    
27 lipca 2012
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Indie
Car Seat HeadrestTwin Fantasy