RECENZJE

Tworzywo Sztuczne
Wielki Ciężki Słoń

2004, Asfalt 2.8

Może zacznijmy od tego, że u Asfalt Records wszystko po staremu. Na oficjalnej stronie internetowej czołowego polskiego labela zajmującego się promocją ambitnego hip-hopu natrafiamy na apel do słuchaczy o nie przegrywanie płyt na CDRy (!). "Jeśli uważasz, że muzyka z Asfalt Records jest niewarta Twoich pieniędzy – nie słuchaj jej, a jeśli Ci się podoba – najlepiej okażesz swe zadowolenie, płacąc za nią pieniądze". Jakiś czas temu prasę i net obiegł słynny już dziś "list otwarty" Wodza Tytusa skierowany do Rafała Księżyka: przeraźliwie frustrackie dzieło, którego zawartość merytoryczna sprowadzała się mniej więcej do tezy "dostaliście, więc nie mieliście prawa zjechać, a już na pewno nie w taki sposób". Kończył się histerycznym stwierdzeniem o chowaniu tematu Rafała Księżyka (który śmiał podstępnie wyłudzić album niby do recenzji! eh, kanalia) do nigdy nie otwieranej szufladki. Pomijając drobny szczegół, że w wyniku chorego nastawienia takich właśnie instytucji recenzencka aktywność w wielu przypadkach nie różni się specjalnie od krytycznej prostytucji, dostrzegam w postawie Asfaltu pewną hipokryzję i logiczną schizofrenię. Tytus publicznie pęka po zjebce F3; "kim jesteś by oceniać mnie", brzęczy Fisz. Z drugiej strony wszyscy zgodnie podpisują się pod orędziem o zdobywaniu muzyki wyłącznie w legalny sposób. Kto zatem ma to wartościować? Krytyk oceniać nie może, słuchacz może sobie ocenić po zakupie oryginału (bo przecież generalnie podoba nam się "muzyka z Asfalt Records", nie?). Śmiechu warte. Panie Drozda, idź pan w chuj z takim żartem.

Jeśli postulat o dramatycznym tytule "Dlaczego?" wydaje się pretensjonalny, wsłuchajcie się w tekściarskie początki Fisza. Nie jest moim celem znęcanie się nad lirykami Bartka Waglewskiego, ale odkąd sięgam pamięcią zawsze odrzucało mnie to bejostwo i autokreacja: poza wrażliwca, outsidera, idealisty i introwertyka w jednym. Fajnie, jak ktoś jest freakiem; wiocha, kiedy sam z siebie freaka robi, gdy w rzeczywistości bliżej mu do domorosłego moralisty gadającego jakieś straszne banały o japiszonach. Tym niemniej, Polepione Dźwięki bezdyskusyjnie zasygnalizowały wkroczenie na scenę nowej, dojrzałej już siły w polskim hh. Jazzowy klimat pełną gębą to wartość rzadko u nas spotykana; ponadto MC, mimo nie imponowania techniką, naznaczył wszystko swoim "one of a kind" zmanierowanym-inaczej flowem. Na wstępie mieliśmy do czynienia z produkcjami o wartości tylko historycznej, bo okropna monotonia i chodzenie na skróty w lepieniu podkładów (Kind Of Blue, nie rozumie) stanęły przeszkodą na włączeniu debiutu Tworzywa w poczet klasyków rodzimej raperki. Wydany rok później Na Wylot stanowi świadectwo ogromnego postępu Emade, różnicującego repertuar przy zachowaniu wyrafinowanego jazzowego smaku i bardzo umiarkowanego progresu Fisza, w warstwie lirycznej zwracającego się wyraźnie w głąb siebie, ale nadal zahaczającego przy tym niestety o dziwaczną "humanistyczną" lanserkę i przybierającego wspomnianą pozę wrażliwca.

Od następnego krążka utożsamianie ekipy z postacią Fisza byłoby nietaktem. Na F3 Emade wyjebał już konkretnie, udowadniając, że w Polsce może równać się z nim tylko Noon. Wysmażył rozkosznego produkcyjnie, kapitalnego wieczornego microhouse'a z górnej półki ("książkę czyta się z zainteresowaniem"), godnego co najmniej b-side'ów Jelinka. Jego brachol staje na wysokości zadania porzucając dotychczasową manierę, dostosowując się nawiką do harmonii, a niekiedy podkreślając wokalem urodę melodii. F3 zawiera zalążki własnej estetyki twórczej, które ostatecznie nie rozwinęły się w nic godnego uwagi na Wielkim Ciężkim Słoniu. Odnoszę wrażenie, że właśnie chęć zaprezentowania skrajnie oryginalnego stylu przyświecała tutaj kilkuosobowemu ensemble. I rzeczywiście, efektem jest zdecydowanie najbardziej eklektyczna, trudna do zaszufladkowania pozycja w dorobku Tworzywa Sztucznego. Ale czy gdyby nie kojarzono tego bandu ze sceną hip-hopową, przyjęcie nie byłoby chłodniejsze?

Kawałek tytułowy na przykład, to brzmiący raczej marginalnie, unowocześniony jazz, z gatunku epigonki przeżywającej ostatnio u nas prawdziwy renesans, głównie za sprawą namaszczonych na aktualne prób Pink Freud czy Ludzi. Później zazwyczaj stajemy w obliczu mało konkretnych, mniej i bardziej udanych abstract-hip-hopowych eksperymentów i podróży międzygatunkowych. Ujawniające się regularnie na każdym kolejnym krążku inspiracje reggae czy dubem po raz pierwszy wypadają ociężale i nużąco. Klubowy bit "Urojeń" nie mógł wyglądać mniej lotnie, choć to pewnie zamierzona psychoza. Nie wyszło. "Tysiąc Pięćset Sto Gwiazd" próbuje sprzedać coś na kształt IDMu, jakby Autechre kazano przygotować najbardziej monotonny podkład hip-hopowy na jaki ich stać. To piłowanie w kółko nieciekawego, syntetycznego pseudo-transowego tematu, okalanego złożonymi aranżkami, interesującymi wyłącznie z formalnego punktu widzenia. Do tego mózg lasują przygniatająco infantylne tune'y.

W tym kontekście nieoczekiwanie emo singlowego "Deszczu W Butach" (myślałem, że może pójdą tropem piosenkowego Why?; ale nie poszli) należy do najmocniejszych punktów, podając przynajmniej przyjazną dłoń słuchaczowi. Z utęsknieniem wyczekuje się też reminiscencji ze starego jazz-hopowego materiału. "Wcielacz" kołysze perką i zgrabniutkim basem oraz koi przyjemnie trzeszczącym pianinem na spółę z subtelnym klarnetem. Wszystko utrzymane w sympatycznej atmosferce retro i zwieńczone miłym trąbkowym solo. I jeszcze in plus – gitarka Jurka Zagórskiego, ożywiająca "Grzyb", ma przynajmniej funka i rozładowuje wszechobecną na Słoniu spinkę. Ale znowu, epicki dub "Tramwaju" albo rozbudowany, poetycki, impresjonistyczny closer – ja naprawdę nie rozumiem kogo to rajcuje. Wielki Ciężki Nieudany Eksperyment. Najgorsze, że trwa to wszystko okrągłą godzinę, Fisz chrzani bzdury, wierszyki modernistyczne, nie wyrabiam.

Michał Zagroba    
12 listopada 2004
BIEŻĄCE
ObjektCocoon Crush
1975A Brief Inquiry Into Online Relationships