RECENZJE

Twilite
Quiet Giant

2011, Ampersand 6.4

Na naszych uszach dokonana została kolejna zdrada o świcie, a Milewski i Bawirsz usłyszą zarzuty podobne do tych postawionych Tin Pan Alley: świadome wydziedziczenie i eskapizm w kierunku amerykańskich przestrzeni. Nie wiem, czy to emigracja po raz kolejny rodzi wizje suchych oceanów i chęć nasłuchiwania głosów z dalekich stron, czy też szczególnie pobyt w Dublinie, słynącym z klimatu funeralnego, zostawił głębsze piętno, ale te folkowe piosenki to udany przykład czerpania z kosmopolitycznej kultury ‘’tradycyjnej”.

Drugi album duetu podoba mi się bardziej niż debiut. Na Bits & Pieces niebezpiecznie, lub też właśnie usypiająco bezpiecznie, kompozycje zbliżały się czasem do klimatów radiowej sjesty, jakiejś nużącej antycypacji w dorobku Paula Simona via Kings Of Convenience. Zachodziła tego rodzaju synteza z backgroundem, którą mam zwyczaj odruchem bezwarunkowym przerywać. Nowy album jest pozbawiony podobnych mierzei. ”Forgive And Forget” lub ”Too Late” to w dalszym ciągu simonowskie kompozycje, w których akustyki czasem wzbogacone są zamaskowanym dęciakiem. Ciągnie się dalej leniwa niedziela, w sam raz w taki lany poniedziałek, lecz tym razem nie mam wrażenia, że ktoś tu leje wodę, bo monotonię przełamują zaskakujące rozwinięcia tematu (jak jakaś demaskacja dęciaków w szturmującym finale), co umiejętnie podtrzymuje natężenie uwagi na stale wysokim poziomie.

Jeszcze lepiej robi się, gdy Paul Simon pozbywa się nieuchwytnego Garfunkela, a przygarnia jednego z apallachiańskich łazików. Raz jest to Sam Amidon w znanym już z EP-ki ”Fire” innym razem pionierzy z Vetiver zanurzeni w rycinach z wersów Coopera czy Longfellow. Wątpię, czy pomimo czasu spędzonego w Irlandii panowie potrafiliby wykrzesać z siebie taki banshee-skowyt, jaki zaprezentował Sam na koncercie w Poznaniu, lecz emocjonalne tętno, którym urozmaicono materiał pokazuje ciekawszą songwriterską smykałkę dalece wykraczającą ponad granie do ciastek i herbatki czy inny sissy stuff.

Najbardziej zapadają w pamięć fragmenty odrzucające potulny sztafaż, herbatka bostońska, gdzie głos drży od emocji, a prostota kompozycji i jej intymna otwartość podana na tacy jak ”John The Baptist” prowadzą w stronę Grega Dulli. Choćby ”Saving Time”, utwór o charakterze niemal hymnu z koronami drzew uginającymi się w apokaliptycznym hołdzie i schowaną na stronie perkusją, której wybijany takt oznajmia mijający czas w znaczeniu uniwersalnym: krążące planety, całkowite zaćmienia, cykl wegetacyjny. Zdaje się, że pewne zasługi na tym polu można przypisać Piotrowi Maciejewskiemu, który oprócz gościnnego występu, zajmuje się też produkcją płyty, skutecznie odzierając ją z nadmiaru kameralności.

Pojawiające się gdzieniegdzie kasandryczne głosy, przepowiadające duetowi nieciekawą przyszłość, brak progresu i ślepy zaułek, traktować można jedynie jako pełną troski przestrogę, aby wyczuwany tutaj nie w pełni wykorzystany potencjał sprawił, że w przyszłości Quiet Giant będzie odbierany rzeczywiście jako uśpiony olbrzym, a nie żaden kolos na glinianych nogach.

Wawrzyn Kowalski    
25 kwietnia 2011
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: R.I.P.
Rekapitulacja 2018: Azja