RECENZJE

Twilight Singers
Twilight

2000, Columbia 8.6

Twilight as performed by The Twilight Singers, brzmi pełny tytuł tej płyty. Warto wyjaśnić, co to w ogóle jest Twilight Singers. Ktoś mógłby określić ich mianem "zespołu". Lepiej powiedzieć, że niejaki Greg Dulli, lider ostatnio rozwiązanej grupy Afghan Whigs, zaprosił do wspólnego grania swoich przyjaciół. Przyjechali. Jest Harold Chichester, Shawn Smith, David McSherry, Steve Cobby, Barrett Martin oraz inni. Każdy wniósł coś od siebie do wielogodzinnych jamów, których efektem był stos taśm pełnych kameralnego grania. A potem producencki duet Fila Brazilia zmiksował cały ten materiał, dodając tu i ówdzie kilka dźwięków generowanych elektronicznie. To, co słyszymy na płycie, jest ostatecznym rezultatem tych wszystkich zabiegów. Co w tym wydawnictwie ujmuje, to jego zewsząd bijąca oryginalność. Wiele jest albumów przejmujących, lecz wywołujących automatyczne skojarzenia z dobrze znanymi nagraniami. Twilight daje przyjemność podwójną, gdyż legitymuje się iście unikatowym feelingiem. Te łagodne gitary i pianino nie grałyby tak magicznie, gdyby nie nałożone nań pętle rytmu. Ten naturalny kolaż brzmień żywych i syntetycznych brzmi chwilami genialnie.

Tematem numero uno jest osoba, osobowość i charyzma Grega Dulli, człowieka, dzięki któremu cała ta sesja doszła do skutku. Nie ma już Afghan Whigs, nad czym ogromnie boleję, bo rewelacyjny album 1965 dawał nadzieję na nowy rozdział w historii tego i tak już zasłużonego zespołu. Na szczęście talent i artystyczna wyobraźnia Dulliego nie tylko nie zostały zmarnowane, ale zaowocowały płytą, jakich mało. Jego głos zaprzecza wszelkim kanonom wokalistyki: nieczysta barwa o skłonności do chrypki, brak naturalnej melodyjności, częste wychodzenie poza obręb półtonu. Ale Greg opanował do perfekcji budowanie dramaturgii. Sam kiedyś przyznał, że od klarownego, szkolnego wykonywania rozpisanych partii znacznie bardziej woli "interpretowanie" piosenek, w którym może się nawet znaleźć miejsce na jakiś nieczysty, niekonwencjonalny zaśpiew, ale za to brzmi to o wiele głębiej. Dulli śpiewa ciągle tym samym "timbre", by równocześnie reprezentować sobą najprzeróżniejsze, nieraz odległe i złożone uczucia. Jak on to robi, tajemnicą pozostanie.

Rozpoczynający "The Twilite Kid" zapowiada generalny ton albumu, dzięki pulsującemu rytmowi i pogodnemu, choć refleksyjnemu nastrojowi. Ślicznie narasta ballada "That's Just How That Bird Sings", śpiewana w kolejnych fragmentach przez Dulliego, Smitha i Chichestera. Ich jednoczesne nucenie może przyprawić o mrówki na plecach! Ta sama trójka tworzy niezapomniany, orientalny nastrój w "Clyde". Śpiewają na głosy, spontanicznie, nikt nikomu nie przeszkadza, bo wszystko współgra tu idealnie. Emocje czają się już w następnym numerze, "King Only". "Play me / Save me / Either way I wanna be your baby", z niespotykaną pasją podaje refren Dulli. Melodia ta, jak multum innych na Twilight, ujmuje szlachetną prostotą, sprawiającą zaskakująco dużo czystej radości. A wzniosła pieśń "Love"? Tylko trochę pianina, zapętlonego rytmu i natchniony chórek "Love is good", ale jakże to wzrusza. Po ponad trzech minutach, "Love" przemienia się płynnie w "Annie Mae", ostrą, zadziorną, a wciąż melancholijnie gorzką spowiedź wokalisty.

"Verti-Marte" to kliniczny przypadek rodzącego się z sekundy na sekundę absolutu. Po delikatnym wprowadzeniu wkracza namacalny akustyk, perkusja i tajemnicze głosy w języku francuskim i angielskim: strzępki rozmów, zwierzeń, żartów. Wchodzi zloopowany beat i jeden z najbardziej chorych sampli falsetu w dziejach. Gdy pada raptem kilka zdań, bardziej melodeklamowanych, niż śpiewanych ("What you wanted / You know I got it / You know you need what I have"), główny motyw nie ustaje i wybrzmiewa ostatnie echo dziewczęcego głosu dochodzącego z oddali, jest to magia, nie poddająca się żadnym klasyfikacjom. Porywa wykrzyczane "Baby, I'm goin' down!" w "Last Temptation". "Railroad Lullaby" to z kolei "Forget me not, don't forget it" na tle kołyszącego, ciepłego podkładu. Instrumentalne intermezzo "East 17th" jest wstępem do mrocznej, gęstej, lejącej się pieśni "Into The Street". A na zakończenie kompozycja tytułowa, nawiązująca w swym klimacie do pierwszej piosenki na płycie, podobnie pełna nadziei ("Everything's gonna be alright"). Poleciłbym wam po raz pierwszy przesłuchać Twilight już po zapadnięciu zmroku, w środku upalnej nocy, przy otwartych na oścież oknach.

Borys Dejnarowicz    
21 sierpnia 2001
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie