RECENZJE

Twilight Singers
Powder Burns

2006, One Little Indian 6.5

W której linijce recenzji płyty Grega Dulliego musi paść jego nazwisko? Trzeciej, czwartej? Istnieje teoria, iż nigdy nie dzieje się to później niż w czwartej linijce standardowo sformatowanego tekstu. Przełom pierwszej i drugiej to miejsce najczęstsze, choć już od pierwszych słów typowego artykułu czujemy dominantowe ciążenie w kierunku nazwiska mistrza. Nie, ale serio – ile znacie akapitów o Twilight, w których ono się nie pojawia? Nie da się pisać o Twilight Singers, nie pisząc o Gregu Dullim, gdyż mało jest wokalistów na świecie, których osobowość w takim stopniu wypełniałaby ich nagrania.

Ma to swoje niewątpliwe i powszechnie znane plusy, ma też i wady, objawiające się właśnie przy okazji nowej płyty. Złośliwi mogliby mówic o autoplagiatorskim charakterze Powder Burns. Cóż, złośliwość jest ostatnim uczuciem, z jakim chciałbym mówic o autorze ...As Performed By The Twilight Singers. Myślę, że Dulli jest na Powder Burns po prostu sobą – śpiewa swoje melodie (świetne przecież), w swojej (genialnej!) manierze wokalnej, w swojej poetyce (hm, słusznej). W moim przypadku miało to ten skutek, że po pierwszym przesłuchaniu ziewnąłem, myśląc sobie: to samo, tylko gorzej. No, połowicznie nawet miałem rację, bo słabsze od debiutu jest, bez dwóch zdań. Ale przynosi jednak solidną dawkę nowych, twilightowych doznań. "There's Been An Accident", szczególnie od momentu "Where you run, where they all became undone..." (o ile dobrze słyszę tekst), to przecież Dulli w najwyższej emo-formie. Delikatne, balladowe "Conversation" to inny z moich faworytów, także z powodów wyłuszczonych w akapicie następnym. Grunt to nie zakopać się w okopach "Teenage Wristband" i "Verti-Marte", oddając w kierunku nowych piosenek jedynie krótką salwę ostrzegawczą. Trzeba "dać im szansę".

Skłamałem jednak trochę mówiąc o pierwszej reakcji na Powder Burns. Jeszcze przed ziewnięciem był skrzywiony grymas dezaprobaty. Tak (relatywnie) odpychającego początku płyty dawno nie słyszałem. Po obiecującym organowym wstępie, zostajemy przywitani ścianą stetryczałych gitar. Ja tu czekam na "The Twilite Kid" bis, a otrzymuję Deep Purple. W każdym razie ociężałe coś. No nie wiem, jak dla mnie, ogromną wartością pierwszej płyty były zwiewne, ascetyczne momentami aranżacje. Pianino, akustyk, na tym tle głos Grega robił największe wrażenie (wiadomo – kontrast). Już Blackberry Belle była bardziej rockowa, a Powder Burns to, niestety, kontynuacja tej drogi. Co prawda, drugiej takiej wpadki, jak "I'm Ready" Dulli nie zanotowuje, ale sporo na nowym albumie tak zwanej rockerki i ogólnego patosu. Szkoda, bo na tle zbyt długich momentów masywnego brzmienia, cierpi ekspresja Dulliego. Wciąż jednak, Dulli mistrz.

Piotr Piechota    
20 listopada 2006
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Indie
Car Seat HeadrestTwin Fantasy