RECENZJE

Twilight Singers
Dynamite Steps

2011, Sub Pop 6.3

Greg Dulli przez całą swoją karierę konsekwentnie "nie daje gówna, to chyba oczywiste". Czy to z Twilight Singers, czy wcześniej z Afghan Whigs, czy w międzyczasie solo – nigdy nie zdarzyło mu się zejść poniżej wysokiego poziomu, nierzadko ocierając się o kosmos. 1965, Gentlemen, Twilight As Played… to rzeczy trochę ponadczasowe, dlatego trudno nie żywić do niego sympatii. Pozytywne uczucia względem charakterystycznego songwritera wzbudza także czynnik ludzki – problemy z alkoholem, narkotykami, kobietami czy nadwagą – znamy, kibicujemy, sympatyzujemy, a jakże. Jednak pomimo zgromadzenia niemałego kapitału, na który nie sposób nie zareagować pozytywnie, cieniem na ostatnich latach kariery Dulliego kładzie się współpraca z niemniej charyzmatycznym Markiem Laneganem. Zaczynało się jednak całkiem obiecująco – pierwszy efekt współpracy dwóch legend to wieńczący nieco niedoceniany album Blackberry Belle kawałek "Number Nine", który w zupełności spełnia wyobrażenie o takiej kolaboracji. Niestety, zamiast jednorazowej ciekawostki okazał się on być początkiem regularnych nagrywek – późniejsze efekty bywały niezłe ("Live With Me", "Real Love"), ale przeważnie porażały ciężkostrawnością. Debiut ich odrębnego wspólnego projektu – Gutter Twins – stanowił naturalną kontynuację drogi, którą obrali ostatnimi nagraniami Twilight Singers. I tak numery napisane na Saturnalia przez Dulliego były typowymi dla niego piosenkami o relatywnie wysokim stopniu fajności, natomiast dla niektórych wspólnie zrobionych jointów najlepiej byłoby, gdyby materiał z ich nagrania zgubił się gdzieś po drodze do studia.

Tak, to wszystko prawda, z tym, że to już przeszłość, było minęło. Z końcem 2010 odżyły nadzieje na lepszą przyszłość dla Grega, bo Dynamite Steps z wszech miar miał prawo jawić się jako powrót do dawnej, może nie tyle songwriterskiej, co kompozytorskiej formy. Rolę Lanegana w powstaniu tej płyty należy ocenić jako minimalną (słychać go tylko w jednym, oczywiście przeciętnym, tracku), więc pozornie wszystko zdaje się być w porządku. Pomimo moich cichych nadziei najnowszy album Twilight Singers nie okazał się być Twilight… nowej dekady, więc na trwałe odbicie swojego śladu na trzecim dziesięcioleciu z rzędu przyjdzie Dulliemu jeszcze poczekać. Kto wie, być może w ogóle mu się to nie uda, ale Greg, jak mało kto w dzisiejszym światku, jest w takiej pozycji, że nie musi już nic nikomu udowadniać. Wciąż pozostaje jednym z najbardziej charyzmatycznych songwriterów na świecie i nawet te ciut słabsze z jego utworów ciężko pomylić z twórczością kogokolwiek innego. Z tego punktu widzenia pojawienie się Dynamite Steps musi cieszyć, bo to longplay, który nie ma prawa zawieść wiernej gromadki fanów artysty, ale to przecież album nie tylko dla nich.

Można wiele mówić o formie wokalnej Grega, wiadomo, że nie jest najlepszym technicznie wokalistą w historii, ale jego timbre od zawsze bronił się niebywałą szczerością. Dlatego ciężko się nie uśmiechnąć pod nosem słysząc jak frontman Afghan Whigs trochę "nie domaga" w refrenach "Last Night In Town". Niewykluczone, że słysząc to samo w wykonaniu kogokolwiek innego byłbym oburzony, ale Dulli w sobie tylko znany sposób potrafi się takim wykonaniem obronić. Typową dla repertuaru późnych Twilight Singers piosenką jest nieśpiesznie rozkręcające się "On The Corner". Z chwili na chwilę pojawia się coraz więcej instrumentów, w połowie przez moment zacina gitarowe solo jak z Up In It niemalże, a brzmienia całości chyba nikt z współcześnie grających nie byłby w stanie podrobić. "She Was Stolen" i "Gunshots" – wiadomo, Dulli-romantyk, w sumie dostrzegam pewne podobieństwo do "The Body" czy "Candy Cane Crawl" z ostatnich albumów, ale te tracki to kolejne dowody na to, że on takich nostalgicznych balladek może nagrać dziesiątki i wciąż będzie miał w tych tematach coś interesującego do przekazania. Za największą ciekawostkę na Dynamite Steps należy uznać "The Beginning Of The End", mocno schizofreniczny numer, w którym słychać nieśmiały tribute dla shoegaze'u, zwłaszcza w refrenach. Zresztą sam artysta nie wypiera się sympatii względem Slowdive, My Bloody Valentine czy Ride, ale wiadomo, to w końcu nasz człowiek, więc nie mogło być inaczej i pod tym względem.

Album kończy epicki numer tytułowy, zresztą do takich zakończeń Dulli zdążył nas już przyzwyczaić – podobnie jak w przypadku "Faded", "Twilight" czy "I Wish I Was" na deser dostajemy kawałek "wyczerpujący temat", ciężko sobie wyobrazić cokolwiek po nim. Dodatkowym atrybutem krążka jest bezbłędnie ułożenie piosenek w kolejności – tu lider Twilight Singers wykazał instynkt rasowego stratega. Drobnym błędem w taktyce wydaje się za to skorzystanie z Nicka McCabe'a tylko w nudnym i nie wnoszącym nic do dorobku formacji "Be Invited". Oczywiście, można też kręcić nosem na ewidentnie post-whigsowskie, McCollumowe do bólu "Waves", ale takie incydentalne fanaberie w wykonaniu Grega to nie nowina.

Dynamite Steps to album, który potwierdza to, co dobrze wiemy patrząc w wikipedię – Dulli się starzeje, jednak robi to z klasą. Zamiast eksperymentów stawia na sprawdzone środki, dlatego jestem w stanie pogodzić się nawet z tymi nielicznymi rocksistowskimi momentami. W końcu fantastycznym songwriterom wybacza się więcej, zatem, uczciwie odnotowując delikatny regres w porównaniu z poprzednimi albumami Twilight Singers, konkluzje nasuwają się wciąż te same – Dulli mistrz, nawet jeśli w lidze gra już tylko z samym sobą.

Kacper Bartosiak    
22 lutego 2011
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: R.I.P.
Rekapitulacja 2018: Azja