RECENZJE

Twilight Singers
Blackberry Belle

2003, One Little Indian 7.3

Hołubiony w naszych kręgach debiut Twilight Singers uciął szlochy rozczarowanych rozwiązaniem Afghan Whigs, plasując się wysoko (dla mnie zaraz za 1965) na liście najlepszych krążków dotkniętych ręką Grega Dulli. Wyczekiwany trzy lata następca Blackberry Belle podąża śladem ("serca, a nie za stadem") rewelacyjnego Twilight, utrzymując jak zwykle wysoki poziom wydawnictw firmowanych nazwiskiem lidera, spełniającego dziś już funkcję swoistego certyfikatu jakości. Właśnie wspomniane dwie pozycje z repertuaru artysty wydają się być kluczowe przy analizie BB. Jeśli przyjmiemy zatem, że 1965 stanowi portret pełnego werwy Dulliego zaraz po śniadaniu wyruszającego na podbój świata (czytaj: kobiet), a Twilight ujmuje go podczas wieczorno-nocnych refleksji (mina a la chłopczyk z okładki Gentlemen) w poszukiwaniu istoty miłości i sensu wszechświata, to Blackberry Belle plasuje się gdzieś pośrodku. Da się tu wyczuć zarówno determinację i pewność siebie ("ja pierdole, jaki on jest pewny siebie") bijącą od tej pierwszej, jak i chybotliwość nastrojów i chwile wahania znane z tej drugiej.

Muzycznie mamy tu w zasadzie wszystko, co stanowiło o sile debiutu. Charakterystyczne dla twórczości autora harmonie, pulsujące podkłady, przejrzyście stąpające akordy, genialne przejścia, ździebko elektroniki, częste zmiany tempa, swobodnie dołączające się i odchodzące kolejne, często egzotyczne (sprawdźcie partie banjo w "Papillon") instrumenty, no i nade wszystko głos Dulliego. Eh, postać jego głosu: "czysta technika, żadnego fałszu" (nie w sensie warsztatu naturalnie) – absolut przecież. I to jest właśnie siła Twilight Singers: rozumna taktyka "grania na Grega". Oczywiście otacza go plejada oddanych ziomków, jednak jego hegemonia jest tu jeszcze wyraźniejsza niż na debiucie, gdzie dla przykładu zdarzało mu się ustępować miejsca wokalowi Chichestera (tym razem nie brał udziału w projekcie). Na Blackberry Belle Dulli rządzi już niepodzielnie, nie odstępując na krok mikrofonu, tolerując co najwyżej przebijające się przez ściany gitar chórki.

Zaraz, ściany gitar? Jakie ściany gitar? Otóż najwyraźniej Dulli postanowił przypomnieć sobie swoje punkowe korzenie (pamiętacie może hardcorowe Up In It?) i namówił parę aranżerów (Mike Napolitano & Mathias Scheeberger), by obok elektronicznych wstawek (niczym te wprowadzone przez Fila Brazillia) uwypuklić wiosła. Wynik to raz po raz krzesana ze strunowców czysta punkowa eksplozja, selektywnością brzmienia i wyrazistością przypominająca największych tuzów współczesnego post-punku i hardcore'u. Powoli rozpędzające się "Martin Eden" i dość mroczne "Esta Noche" przygotowują pole dla masakry zadanej przez porażający "Teenage Wristband" – highlight zestawu. Charakterystycznie "narastająca" kompozycja w refrenie oferuje wspomnianą punkową furię, okraszoną klasycznie łamiącym się wokalem ("She said / You wanna go for a ride?") Dulliego, przepięknym zloopowanym zaśpiewem niewiasty oraz kojącą melodią przewodniego motywu. Dziesiątka.

Dla lepszego wyobrażenia eklektyzmu krążka wspomnę jeszcze kapitalny "The Killer" z otwierająca frazą "That's right", brzmiącą jak pochwała partnerki wypowiedziana przez kochanka w trakcie uniesienia tudzież fragmentem "I know you know / You know I know", ewokującym skojarzenia z "Neglekted" (to tam padło kultowe "I know you know / So make it so"). Jest też zaskakująco taneczne "St. Gregory", "Decatur St." z cudnie zacinającymi gitarami i rozbrajającymi wstawkami "yeah, yeah, yeah", czy wreszcie długo finiszujące "Number Nine", prezentujące się jak propozycja z repertuaru Songs: Ohia. Na zakończenie mamy jeszcze w prezencie ślicznie rozprowadzony, a nie zaznaczony na trackliście kawałek, budzący przyjemne skojarzenia z samymi SFA. Wszystko razem wyborne. Dulli mistrz, wiadomo.

Jacek Kinowski    
30 kwietnia 2004
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: R.I.P.
Rekapitulacja 2018: Azja