RECENZJE

TV On The Radio
Return To Cookie Mountain

2006, 4AD 7.2

Skoro trzy czwarte znawców Sigur Rós wypowiadało się również na temat Desperate Youth, Blood Thirsty Babes, nie będę gorszy i we wstępie wyeksplikuję swą ocenę owego krążka.

Jeden jest marne, dwa trzy cztery takie same, ale wedle dobrej, oryginalnej recepty, piątka ma takie paszczowe dumdumdumdum w podkładzie, które mnie denerwuje. Sześć buja, siedem buja, osiem nie do końca pamiętam, a zakończenie ładnie kończy album. Całość trwa jakieś 45 minut i jest – ze względu na (to oczywiste) głos pana Adebimpego, oraz wyluzowane plus kreatywne podejście do formy piosenkowej, trudne do porównania z obecnymi i minionymi dziełami muzyki popularnej. Nic nowego nie wnoszę, prawda?

Zarzucano zespołowi, również tutaj, że brakuje mu treści do wypełnienia fascynującej formy. Że jest wydmuszką. No, kwestia gustu, jak dla mnie przekaz Desperate jest wystarczająco intensywny, by – przy sprzyjających warunkach – zrezygnować z kilku godzin odpoczynku i rozpatrywać go w szerszych kategoriach. Oczywiście przesadzam, ale póki sen nas nie zmorzy możemy podyskutować, czemu zaśpiewał to i czemu zaśpiewał tak. Teksty TVOTR są niezrozumiałe, czasem grafomańskie.

Minęły dwa lata nastał lipiec i upały, nagle okazało się, że zasięg Porcys jest większy niż ktokolwiek rozsądny mógłby przypuścić. TVOTR nagrali album dwa razy dłuższy niż poprzedni, biorąc do serca uwagi Jędrzeja. Tuzin utworów (bez jednego) chwyta nie od razu i nie jednocześnie. Początkowo raczej nuda, po kilkukrotnym liźnięciu zaczyna rozbijać. Na tle cienkich nowości ostatnich trzydziestu miesięcy, dwa krążki TV On The Radio wymiatają i raczej wymiatać będą nam miłosiernie lat jeszcze kilka.

Różnica podstawowa. Tak, jak Desperate Youth itd. była albumem rozrzedzonym, posklejanym przez paraliża, pełnym szpar, tak utwory na Cookie Mountain są zwarte do tego stopnia, że pośród twardego, skondensowanego rytmu, melodia ma problemy ze znalezieniem sobie miejsca. Płynie z boku, średnio zazębiając się z głównym wątkiem, bądź nadaje ją szanowny Adebimpe. Cholera, naprawdę mam problem z podjęciem decyzji, który album lepiej trafia, choć jak gdyby *z definicji* drugi powinien być lepszy.

Coś się jednak ze stylu "wczesnego" TVOTR na Cookie Mountain zachowało. To kiepskie sklejenie utworów. Zespół działa jak odurzony budowniczy-amator, biorąc chwytliwy kawałek pop, rozbijając go o ziemię, okruchy składając ponownie, wypełniając detalami, które gdzieś tam miał skitrane w szafie, czy znalazł u kumpla. Punkty kulminacyjne wędrują w środek czy na początek, zwrotki tracą regularność, siła wyższa rozregulowuje wokale, aranżacje są cięte do minimalnych, albo podnoszone do kwadratu, wedle jakiejś niepojętej recepty.

Nad tymi eksperymentami góruje jednak miłościwie klasyczny pop-rock, pełen ogranych patentów (taki "A Method" z najpopularniejszą linią melodyjną wszechświata, "Wolf Like Me" stworzony pod składanki do samochodów, etc.), do którego odwołań jest o wiele więcej, niż na poprzednim krążku.

Z tą płytą jest tak jak z przyjaciółmi, z którymi rozumiesz się po dwóch sylabach, zwierzają ci się z najskrytszych fantazji i w których towarzystwie czujesz się całkowicie swobodnie, choć zdajesz sobie sprawę z pewnej ich wyjątkowości. Aż w końcu przychodzi moment, gdy musisz przyznać, ktoś cię uświadomi, czy co – tak naprawdę to oni są pojebani (pozytywnie, oczywiście, ale jednak).

Filip Kekusz    
13 września 2006
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie