RECENZJE

TV On The Radio
Desperate Youth, Blood Thirsty Babes

2004, Touch & Go 5.2

Nieco więcej niż parę lat temu, w TVN można było śledzić na żywo legitymującą się wówczas jakąś wartością poranną audycję radiowej Trójki. Oglądanie dziennikarskiego studia reklamował sam pan Sułek (to oczywiście Krzysztof Kowalewski), postękujący na falach UKF przy próbach włożenia w telewizor odbiornika radiowego, w ramach hasła "radio w telewizji". Jak widzicie, niewiele zabrakło, by oficjalny poczet fanów jednego z najlepszych polskich słuchowisk mógł powiększyć się o początkujący nowojorski zespół. A może kolesie słuchali tak jak my wszyscy, tylko przeinaczyli słowa pana Sułka z uwagi na strach przed słowem "plagiat"? Anyway, wróćmy jeszcze na sekundkę do TVN. Doszedłem bowiem do wniosku, że oni niebawem, w nieustającej penetracji dna, zniżą się w swoich sresemeso srondach do poziomu pytań w stylu "kiedy ostatnio się czesałeś?" albo "jak bardzo lubisz marchewkę?" (proponowane odpowiedzi: "tak" / "nie"). Albo: "kiedy ostatnio leżałeś na podłodze?".

Po ujrzeniu ostatniego z tych pytań ochoczo wyjąłbym z kieszeni nieźle uzbrojonego "koma" i podzielił się ze światem informacją, że "parę dni temu" (chyba, że znów możliwymi wariantami odpowiedzi byłyby "tak" oraz "nie"). Zazwyczaj takie manewry ciałem nie przychodzą mi do głowy, ale miałem przypomnieć sobie debiutancka EP-kę TV On The Radio. Choć niewiele, trochę jednak jej brakuje by być od początku do końca zajmującą, stąd wprowadziłem nieco zamieszania w odbiorze i patrząc na blat, materac, etc. od dołu, spędziłem rozwijająco dwadzieścia parę minut. Nie ulega wątpliwości, ze kwartet (doszedł grający na gitarze drugi wokalista o interesującym imieniu Kyp oraz niewątpliwie częściej spotykanym nazwisku Malone) tworzy nowe; już Young Liars klarownie o tym świadczyło. Czekając na debiutancki LP grupy liczyliśmy, że potrzebna co najmniej szczypta rozwoju dokona się, słowem, że muzyką TV On The Radio będzie można się bezproblemowo cieszyć we wszelakich, najnormalniejszych nawet ułożeniach. Jak widzicie po ocenie, sprawy poszły w odwrotnym kierunku.

Wszystko przez to, ze Tunde Adebimpe i spółka posunęli się w nieumiejętności ścisłego wyrażania swoich melodycznych propozycji. Dlatego zdecydowaną ich większość nie tylko przeciętny przechodzeń, ale i doszukujący się plusów zwolennik mieszanin w nowofalowym kotle odrzuci. Opener albumu "The Wrong Way" (heh) jest streszczeniem krążka w pigułce: dobrze, zachęcająco brzmi, natomiast nic więcej. Łatwo przypomnieć sobie instrumentalną oprawę kawałka (w którą udanie wkomponowano zastęp dęciaków), gorzej z samodzielnym wyłonieniem z pamięci jego istoty: melodii. Dlatego zyskują z pewnością koncerty grupy: migające, naelektryzowe plamy brunatnego basu, wszechobecne w każdym nie-doo-wopowym nagraniu zespołu, muszą być bardzo lotne. Na krążku nie udaje im się wyswobodzić ze zniewolenia niewyrazistej substancji songwritingu, przez co szybko zaczynają ciążyć na duszy bogu ducha winnego słuchacza.

Na dobra sprawę krążek nie przeszkadza, aż do momentu, gdy zdamy sobie sprawę, że można by posłuchać czegoś znacznie lepszego. Banał ten dysponuje potężną siłą niszczącą czynność słuchania płyty. Przy dobrej woli sytuację ratuje sycenie się oryginalnością: przecież niemożliwym jest postawić TV On The Radio jednoznacznie obok kogoś innego. Nawet kilka porównań nie daje pełnego obrazu, co świadczy o kreatywności muzyków. Do wymienianek z recenzji Young Liars dopisałbym jeszcze szorstką hałasem stronę Yo La Tengo, widoczną w "Poppy". Utwór ten nie daje w końcu efektu na tyle dobrego, by w opisie wykroczyć choć jednym słowem poza odesłanie do będących jeszcze parę lat temu w wyśmienitej formie nowojerseyskich mistrzow. Podobnie kończy się batalia z "Bomb Yourself" (politics, yup), piosenką braną za szmaty wszelkimi urozmaiceniami od każdej strony. Wynik zmagania pozostaje przeciętnym.

Najbardziej do gustu przypadły mi następujące po sobie "Staring At The Sun" (to utwór z EP-ki) oraz "Dreams" (backing-vocal dzieli się zacną domieszką piskliwej paranoi, jeśli macie ochotę). Żadna podnieta, ale chwile spędzone przy pomysłowo wyprowadzonych, solidnych motywach nigdy nie należą do straconych. Gdy przysłuchać się tekstom, również wśród nich trafią się rodzynki. Na przykład zdanie "Wasted words of sad refrain". Mogłoby ono wprawdzie posłużyć za nazwę dla bandu parającego się brytyjskim stylem taśmowego wyciskania łez co podatniejszych nastolatków; nie będę ukrywał z drugiej strony, że zwyczajnie mi się podoba. No zobaczcie sami jeszcze raz: "Wasted words of sad refrain". Być może coś w sobie to kryje, hm. W tym samym tracku, a mowa o "Ambulance", znajdujemy również zręczne zdanie prosto z zebrania klubu maniakalnych zakochanych: "I'll be your ambulance / If you'll be my accident". Podobne smaczki odnajduje się co jakiś czas na Desperate Youth, Blood Thirsty Babes. Mimo to, ciągle nie potrafię sobie odpowiedzieć na pytanie: w jakiej pozycji uznałbym przesłuchanie tego albumu za całkowicie zajmujące?

Jędrzej Michalak    
14 sierpnia 2004
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Indie
Car Seat HeadrestTwin Fantasy