RECENZJE

TV On The Radio
Dear Science

2008, 4AD 7.9

Jeszcze nigdy w tym roku tak wielu nie czekało na to, co zrobi tak niewielu. Dear Science stało się płytą roku mniej więcej na miesiąc przed oficjalną premierą i na dwa tygodnie przez wypływem do sieci. Tak właściwie to stała się nią już przy okazji premiery "Golden Age". A właściwie to nie ma się co oszukiwać – trzeci album był płytą roku w którym miał się ukazać chwilę po premierze Return To Cookie Mountain. Oczywiście teraz połowa mądrych powie, że no tak, ale mogło być lepiej, to mogłoby być ich OK Computer, co więcej - to mogłoby być OK Computer tej dekady. Ale nie jest. I – za przeproszeniem pań – chuj.

Dear Science jest najlepszą, najbardziej wyrazistą, najbardziej chwytliwą, najbardziej zwartą i najbardziej melodyjną płytą formacji, która na koncie ma same bardzo dobre płyty. I to nie jest pomyłka – z roku na rok debiut jawi się coraz lepszym. I wracam o wiele częściej niż do rozlazłego poniekąd, choć lepszego songwritersko Return To Cookie Mountain. Kłopot z drugim albumem jest taki, że TVOTR stworzeni są raczej do dawania kopa, a przez pierwszą połowę drugiego krążka raczej głaszczą. Dear Science można porównać natomiast do modelowej strategii kobiety w związku: najpierw kopnij, potem przytul. Podział szkolny, ale dzięki temu rozwiązaniu nic na tej płycie nie umknie, a każdy kolejny track daje się spokojnie wyłowić.

Wyrzucenie na pierwszy plan takich elementów jak wokal, melodia czy hand-clapy, przypomina trochę zabieg, który R.E.M. zastosowali na wysokości Document. Działanie owe interpretowane jest coraz bardziej powszechnie jako skok na listy przebojów. Może i tak było, wszak epickość pierwszego singla przypomina najjaśniejsze chwile Michaela, a drugi singiel całkiem przypomina "Wolf Like Me" (jest natomiast bardziej pokombinowany, żeby się niektórzy sceptycy nie czepiali). Niemniej TVOTR nie poświęcili żadnego z charakterystycznych dla swojego brzmienia elementów. Stali się jedynie wyraźni. Mamy więc nienachalną sekcję wykrojoną przez członków Antibalas, mamy przyczajony hałas, który okazjonalnie wsysa melodię, mamy ściany dźwięku, plamy elektroniczne właściwie wszędzie, a pod płaszczem nawet tych radośniejszych fragmentów kryje się chora, paranoidalna atmosfera, którą potrafią wykreować tak Adebimpe, jak i Malone (Kyp w ogóle wysforował się już na pierwszego wokalistę, Tunde powinien się nauczyć na czymś grać w końcu). Ja nie wiem gdzie oni dorastali i jakie kreskówki oglądali w przeszłości, ale sarkastyczno-paranoidalne teksty nawet najskoczniejszych piosenek wpędzają w zakłopotanie. Seks, śmierć i dewiacja. Mniam.

Próby analizy nie mają sensu. Dźwięki z tej płyty omijają mózg i wjeżdżają bezpośrednio na organizm, uruchamiając paletę emocji, o jakie w rzeczywistym świecie trudno. Przy "Love Dog" wzruszam się jak dziecko, przy "DLZ" wyłączam odbieranie bodźców, przy "Shout Me Out" odlatuję gdzieś na pola, a przy "Golden Age" to mam przed oczami klip i starczy. Nieważne, jak idiotycznie to brzmi, ale bez kitu – ta płyta zabiera mnie w podróż. Nawiązując więc do czerstwych porównań z początku: i mam nadzieję, że Dear Science to jest jednak ich OK Computer, a nie Mezzanine.

Filip Kekusz    
10 października 2008
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie